sobota, 26 grudnia 2009
czwartek, 17 grudnia 2009
december will be magic again
Mam do Kasi sentyment z dzieciństwa, robiła na mnie wielkie wrażenie, jak potrafiła wysoko machnąć nogą i niefizjologicznie się wygiąć w Wuthering Heights... Tutaj w wersji świątecznej.
Kasia Krzak
Kasia Krzak
niedziela, 13 grudnia 2009
sobota, 12 grudnia 2009
Die Spielverderber oder das Erbe der Narren
W zeszły weekend skoczyliśmy na głęboką wodę - wybraliśmy się do teatru na niemiecką sztukę. Pewnie nie zdecydowalibyśmy się na to, gdyby nie fakt, że to teatr studencki naszego uniwersytetu, w którym gra nasza koleżanka, Simone.
„Die Spielverderber” oznacza kogoś, kto psuje zabawę. Sztukę napisał Michale Ende, po raz pierwszy była wystawiana w 1967 roku.
Comedia infernale (jakie piękne określenie), opowieść o testamencie, który gromadzi w tajemniczym zamku 10 obcych sobie ludzi, z których ani jeden nie znał zmarłego. Testament składa się z 10 części i może być otwarty tylko wtedy, gdy wszyscy złożą swoje części w całość. Zaczynają się intrygi.
Całość przedstawiona w dynamiczny sposób z dużą dawką ekspresji. Niczego nie zabrakło, były duchy, chudy lokaj, nieszczęśliwa miłość, generał (wyszedł na scenę w długim skórzanym płaszczu, trochę mnie to sparaliżowało...) i strzelba i pożar...
Mój ulubiony cytat: „Wenn die Leute ihr Glück nicht wollen, dann wird man sie eben dazu zwingen müssen“.
wtorek, 8 grudnia 2009
niedziela, 6 grudnia 2009
usypiająco
Aktualnie edukuję się w charakterze anestezjologicznym. Wszystkim kieruje profesor Kloc (tudzież Pieniek, zależnie od słownika) i jest całkiem nieźle. W czwartek po drodze na zajęcia z respiratora prof pokazał nam oddział awaryjny, tzn oddział od wypadków masowych. Sala długa na 30 szerokości łóżek (45m?) szeroka na 2 długości łóżka. Czyli spora. W ścianach tleny itp. Działa to tak:
karetki przywożą ofiary, dyżurny anestezjolog zarządza otwarcie oddziału, naciska guzik, na oddziałach intensywnej terapii zapalają się lampki. Każdy oddział przysyła jedną pielęgniarkę (oddziałów jest 6). Przybywają również noszowi, zdejmują folie z łóżek, wyciągają respiratory (3) i szafki z lekami. Jeżeli respiratorów jest za mało, to ściąga się dodatkowe z bloków operacyjnych. Można przyjmować pacjentów. Wszystko ma trwać maksymalnie 15 minut, przynajmniej tak się chwalą.
Oprócz tego trafiłem w piątek do kliniki Hals-Nase-Ohren. Ola chyba opisała jak wygląda „trafianie”, ale ja się i tak powtórzę. W godzinach porannych należy odwiedzić centralę anestezjologiczną, dowiedzieć się, z którym lekarzem ma się zajęcia (1 na 1). Następnie dzwoni się na jego pager, on oddzwania, mówi gdzie jest i jak się tam dostać. Powyższe czynności wykonałem i przebrany w zielone ubranko rozpocząłem pobieranie nauk u (jak się potem okazało) rudego anestezjologa. Operacja była strasznie długa (5h), Basalioma na pół twarzy. Doktor opowiadał o różnych ciekawostkach anestezjologicznych, trochę mnie pytał, a potem zaproponował żebyśmy poszli do kuchni pić kawę. Przy pacjencie został pielęgniarz. Kawa była dobra, z ekspresu na wkłady, szybko wypiłem, doktor zajął się dyskusją z pielęgniarkami, a ja wróciłem do pacjenta. Zasiadłem na krzesełku i siedzę. Pielęgniarz się pokręcił, pokręcił i poszedł. Zostałem sam na sam z pacjentem, no i z respiratorem. Szczęśliwie pacjent, wdychając rześko Isofluran, spał spokojnie. Przez pół godziny wypełniałem protokół znieczulenia, a potem wszyscy wrócili.
karetki przywożą ofiary, dyżurny anestezjolog zarządza otwarcie oddziału, naciska guzik, na oddziałach intensywnej terapii zapalają się lampki. Każdy oddział przysyła jedną pielęgniarkę (oddziałów jest 6). Przybywają również noszowi, zdejmują folie z łóżek, wyciągają respiratory (3) i szafki z lekami. Jeżeli respiratorów jest za mało, to ściąga się dodatkowe z bloków operacyjnych. Można przyjmować pacjentów. Wszystko ma trwać maksymalnie 15 minut, przynajmniej tak się chwalą.
Oprócz tego trafiłem w piątek do kliniki Hals-Nase-Ohren. Ola chyba opisała jak wygląda „trafianie”, ale ja się i tak powtórzę. W godzinach porannych należy odwiedzić centralę anestezjologiczną, dowiedzieć się, z którym lekarzem ma się zajęcia (1 na 1). Następnie dzwoni się na jego pager, on oddzwania, mówi gdzie jest i jak się tam dostać. Powyższe czynności wykonałem i przebrany w zielone ubranko rozpocząłem pobieranie nauk u (jak się potem okazało) rudego anestezjologa. Operacja była strasznie długa (5h), Basalioma na pół twarzy. Doktor opowiadał o różnych ciekawostkach anestezjologicznych, trochę mnie pytał, a potem zaproponował żebyśmy poszli do kuchni pić kawę. Przy pacjencie został pielęgniarz. Kawa była dobra, z ekspresu na wkłady, szybko wypiłem, doktor zajął się dyskusją z pielęgniarkami, a ja wróciłem do pacjenta. Zasiadłem na krzesełku i siedzę. Pielęgniarz się pokręcił, pokręcił i poszedł. Zostałem sam na sam z pacjentem, no i z respiratorem. Szczęśliwie pacjent, wdychając rześko Isofluran, spał spokojnie. Przez pół godziny wypełniałem protokół znieczulenia, a potem wszyscy wrócili.
niedziela, 29 listopada 2009
Flohmarkt
Flohmarkt, czyli pchli targ (uwaga, nie wymawiać jak „flowmarkt”, co się niektórym przytrafia..:P), miejsce, gdzie (zazwyczaj starzy) Niemcy sprzedają różne, niepotrzebne im już rzeczy. Po raz pierwszy spotkaliśmy się z tym zjawiskiem w zeszły piątek, w klinice. Był organizowany na rzecz takiego specjalnego domu na terenie campusu (fundacja Ronalda Mc`Donalda), gdzie mogą nocować rodzice, gdy ich dzieci są w szpitalu. Ten dom to nasz sąsiad, więc poczuliśmy się zobowiązani, ale poza tym można było znaleźć coś ciekawego bardzo tanio (pośród wielu Harleqinów i kiczowatych ozdób świątecznych). Marek kupił sobie dwa litrowe kufle (Kruege)za 2 euro, a ja starą porcelanową filiżankę w zestawie ze spodkiem i talerzykiem i porcelanowy wazonik, wszystko za 5 euro. Jak się zaczyna buszować na takim stoisku, to się odzywa w człowieku pierwotny zmysł myśliwego, co by tu najlepiej upolować, najtaniej, najładniej i przede wszystkim szybciej niż inni...
Zachęceni sukcesem w klinice, zainteresowaliśmy się zjawiskiem Flohmarktów w Lubece. Okazało się, że zdarzają się całkiem często. Wybraliśmy się po raz kolejny w sobotę, tym razem trochę dalej, więc mieliśmy przy okazji ładną trasę rowerową. Ale tym razem nie było już tak tanio, bo rzeczy były trochę nie na naszą miarę... Piękne, stare niemieckie meble, zestawy porcelany i mój osobisty hit, filiżanka Rosenthala z lat 30, istne dzieło sztuki, za 48 euro. Ech... Ten zestaw na zdjęciu (pięć filiżanek z talerzykami i spodkami plus dzbanuszek na mleko za 50 euro). Wprawdzie nie chcę myśleć, kto z niej pił w czasie wojny, ale i tak jest piękna. Może kiedyś...
W każdym razie wydaje się, że to nie koniec przygody z Flohmarktami:)
sobota, 28 listopada 2009
piątkowo
wtorek, 24 listopada 2009
dary z Polski
Dzięki Paniom Mamom nie brakuje nam towarów luksusowych - jesteśmy ostatnio bogaci w mięso i orzechy:)
poniedziałek, 23 listopada 2009
młody Sting w poniedziałkowe wieczory
message in the bottle
Czasem ciężko na obczyźnie, jak się człowiek wysłowić nie może i go nie rozumieją...
Czasem ciężko na obczyźnie, jak się człowiek wysłowić nie może i go nie rozumieją...
sobota, 21 listopada 2009
zebrowe zakupy
Hello Mr. Zebra
Can I have your sweater
Cause it's cold cold cold
In my hole hole hole
Ratatouille Strychnine
Sometimes she's a friend of mine
With a gigantic whirlpool
That will blow your mind
Hello Mr. Zebra
Ran into some confusion
With a Mrs. Crocodile
Furry muscles marching on
She thinks she's Kaiser Wilhelm
Or a civilized syllabub
To blow your mind
Figure it out
She's a goodtime fella
She got a little fund to fight for Moneypenny's rights
Figure it out
She's a goodtime fella
Too bad the burial was premature
She said and smiled
Dostałem jedynkę z Ginekologii
Praktyczna edukacja ginekologiczna przeciętnego niemieckiego kandydata na lekarza trwa 7 dni. Ja nie jestem ani niemiecki, ani przeciętny, ale z uwagi na uwarunkowania generalne również trafiłem do Polikliniki na tydzień. Początek był twardy... Dyżur w weekend, na którym nic się nie działo, ale za to dowiedziałem się jak funkcjonuje system recyrkulacji łóżek. Brudne łóżka zwozi się windą do podziemnego "Bett Zentrum". Tam w sprawiedliwym stosunku 1:1 za łóżko brudne dostaje się łóżko czyste. Powrót drugą windą. Sobota w sali porodowej upływała spokojnie, mimo prostaglandyny, oksytocyny, nikt nie chciał rodzić. No cóż, życie.
W domu nie zaznałem spokoju, w poniedziałek miałem wygłosić referat na temat porodu. Ot, taki malutki "Die Geburt" na 5-10 minut. W szczegóły nie będę wchodził, w każdym razie udało się, pukali w stół.
Poród w końcu widziałem, wyglądał jak poród. Cesarkę też, też wyglądała jak cesarka. Potem dużo usg, podobało mi się. Dziecko ma 8 centymetrów, serce pewnie z 1 cm, a doktor (na monitorze) i mamusia (na 46 calach) oglądają, czy się zastawki dobrze zamykają. Widziałem też amniocentezę, w sumie krótka piłka, psik psik okteniseptem, igła pod kontrolą usg, wszystko trwa 6 minut. Myślałem, że to jakaś większa afera jest.
Ale najciekawsza była "Lost IUD". Czyli mówiąc po polsku, zaginiona spirala. Pani trafiła do szpitala bo jej Frauenarzt nie mógł znaleźć spirali. Widział coś dziwnego w USG, ale nie mógł wyjąć. A z rachunku wychodziło mu, że powinna być (włożyłem jedną wyjąłem zero, więc jedna została). Napisał "Verdacht auf Lost IUD" i wysłał do Polikliniki. Tutaj Pani trafiła na doktorkę, speca od usg, która potwierdziła, że jest Verdacht auf, ale nic więcej. Decyzja zapadła, doktor Grek Cypryjski (ale już zgermanizowany) wyrusza na poszukiwania. Zresztą na sali operacyjnej było dość wielonarodowo. Doktor Grek, operował z doktorem gościem Grekiem (przy stole grecki), pielęgniarka z noszowym po polsku (podsłuchiwałem), anestezjolog był niemiecki. Ale wracajmy do Lost IUD. Najpierw weszła histeroskopia, szukał młody doktor (niemiecki). Nic nie znalazł, potem przyszedł Grek Cypryjski, objechał Niemca, że musi się bardziej starać i sam zaczął szukać. Trwało, trwało, trwało, nie znalazł. Zapada decyzja: laparoskopia. Weszły trokary, różne rurki i gazy. Ja widząc, że zapowiada się coś poważniejszego, znalazłem krzesełko i zasiadłem przed sonym. Szukali, szukali, szukali. Nie znaleźli. Doktor Grek zaczął się denerwować. Zawołali rycerzy w ołowianych zbrojach z przenośnym rtg i strzelali z różnych ujęć. W tym samym czasie ktoś próbował ustalić czy IUD mogą być z plastyku. Podobno już nie, ale jeszcze niedawno mogły być. Zdjęć było 4, nic nie znaleźli. Grek się zaczął gotować. Zawołali doktorkę speca od usg co potwierdziła Verdacht auf. Rzeczywiście coś tam świeciło w usg, ale co konkretnie, tego już nikt nie wiedział. Doktor Grek sięgnął po broń ostateczną, zadzwonili po Profesora. Herr Profesor wpadł na blok i postanowił, że trzeba zadzwonić do lekarza kierującego. Zakrzyknął "Gdzie jest telefon?". Tutaj zaczyna i kończy się moja rola: podałem słuchawkę. Doktor kierujący powiedział, że on widział coś w usg i że ma Verdacht auf Lost IUG. Postali, postali, pokiwali głowami i Profesor z mocą orzekł, żeby napisać, że szukali, ale nie znaleźli.
Takie były losy zaginionej spirali.
W domu nie zaznałem spokoju, w poniedziałek miałem wygłosić referat na temat porodu. Ot, taki malutki "Die Geburt" na 5-10 minut. W szczegóły nie będę wchodził, w każdym razie udało się, pukali w stół.
Poród w końcu widziałem, wyglądał jak poród. Cesarkę też, też wyglądała jak cesarka. Potem dużo usg, podobało mi się. Dziecko ma 8 centymetrów, serce pewnie z 1 cm, a doktor (na monitorze) i mamusia (na 46 calach) oglądają, czy się zastawki dobrze zamykają. Widziałem też amniocentezę, w sumie krótka piłka, psik psik okteniseptem, igła pod kontrolą usg, wszystko trwa 6 minut. Myślałem, że to jakaś większa afera jest.
Ale najciekawsza była "Lost IUD". Czyli mówiąc po polsku, zaginiona spirala. Pani trafiła do szpitala bo jej Frauenarzt nie mógł znaleźć spirali. Widział coś dziwnego w USG, ale nie mógł wyjąć. A z rachunku wychodziło mu, że powinna być (włożyłem jedną wyjąłem zero, więc jedna została). Napisał "Verdacht auf Lost IUD" i wysłał do Polikliniki. Tutaj Pani trafiła na doktorkę, speca od usg, która potwierdziła, że jest Verdacht auf, ale nic więcej. Decyzja zapadła, doktor Grek Cypryjski (ale już zgermanizowany) wyrusza na poszukiwania. Zresztą na sali operacyjnej było dość wielonarodowo. Doktor Grek, operował z doktorem gościem Grekiem (przy stole grecki), pielęgniarka z noszowym po polsku (podsłuchiwałem), anestezjolog był niemiecki. Ale wracajmy do Lost IUD. Najpierw weszła histeroskopia, szukał młody doktor (niemiecki). Nic nie znalazł, potem przyszedł Grek Cypryjski, objechał Niemca, że musi się bardziej starać i sam zaczął szukać. Trwało, trwało, trwało, nie znalazł. Zapada decyzja: laparoskopia. Weszły trokary, różne rurki i gazy. Ja widząc, że zapowiada się coś poważniejszego, znalazłem krzesełko i zasiadłem przed sonym. Szukali, szukali, szukali. Nie znaleźli. Doktor Grek zaczął się denerwować. Zawołali rycerzy w ołowianych zbrojach z przenośnym rtg i strzelali z różnych ujęć. W tym samym czasie ktoś próbował ustalić czy IUD mogą być z plastyku. Podobno już nie, ale jeszcze niedawno mogły być. Zdjęć było 4, nic nie znaleźli. Grek się zaczął gotować. Zawołali doktorkę speca od usg co potwierdziła Verdacht auf. Rzeczywiście coś tam świeciło w usg, ale co konkretnie, tego już nikt nie wiedział. Doktor Grek sięgnął po broń ostateczną, zadzwonili po Profesora. Herr Profesor wpadł na blok i postanowił, że trzeba zadzwonić do lekarza kierującego. Zakrzyknął "Gdzie jest telefon?". Tutaj zaczyna i kończy się moja rola: podałem słuchawkę. Doktor kierujący powiedział, że on widział coś w usg i że ma Verdacht auf Lost IUG. Postali, postali, pokiwali głowami i Profesor z mocą orzekł, żeby napisać, że szukali, ale nie znaleźli.
Takie były losy zaginionej spirali.
piątek, 20 listopada 2009
czwartek, 19 listopada 2009
nowe punkty do sprawnośći
Nowo nabyte umiejętności podczas (dotychczasowego) pobytu w Niemczech:
• sprawne zmienianie języka klawiatury z polskiego na niemiecki i na odwrót
• przyrządzanie ryby po grecku i chili con carne
• doskonalenie technik jazdy na rowerze (warianty z zakupami, na obcasach, w deszczu)
• zdobywanie miejsc na kursach, pomimo tego, że ich teoretycznie nie ma (umiejętność złożona: dyskusje z panią w dziekanacie, rozmowy telefoniczne z profesorami, pisanie do nich licznych maili – list formalny po niemiecku, odnajdywanie w obcych szpitalach osób odpowiedzialnych za dydaktykę itd.)
• robienie notatek po niemiecku (zarówno z książek, jak i na wykładach)
• zrozumienie i początki zastosowania słowa „kriegen”, które jest używane z nieograniczoną częstotliwością w milionach znaczeń
• wygłaszanie referatu po niemiecku
• pisanie bloga
• obsługa facebooka
• zakładanie i obsługa niemieckiego konta bankowego
• doskonalenie technik robienia zdjęć
• funkcjonowanie w kuchni z innymi narodowościami (uczy tolerancji...)
• upychanie dużej ilości jedzenia do małego kawałka lodówki
• męskie strzyżenie (podstawy)
• początki rozróżniania niemieckich akcentów (ostatnio zachwycił mnie pan na wykładzie, mówił „zejn” na sein - zamiast „zajn”- i „ejn” na ein - zamiast „ajn”, podobno mówił Schwabisch, ale i tak najdziwniej mówiący profesor okazał się być Polakiem:)
• i w ogóle rozmawianie z Niemcami. Niestety, czynne branie udziału w żywiołowej dyskusji młodych Niemców, kiedy mówią potocznie i kilku naraz, bywa czasem ponad moje możliwości.
• doskonalenie znajomości geografii, nie tylko Niemiec (nowi znajomi np. z Kirgistanu, nie wypada nie wiedzieć, gdzie to w ogóle jest... Umiejętność realizowana przez zastosowanie Wikipedii)
• odpowiadanie na pytania na temat Polski (po niemiecku) m.in. ilość mieszkańców, dlaczego 11.11 jest świętem, tradycyjne potrawy na Święta (nie mogłam sobie przypomnieć, jak są pierniki po niemiecku... Próbowałam wytłumaczyć opisowo, nie było łatwo)
• poznawanie nowych gatunków piwa i różnych rodzajów marcepanu
• robienie zakupów w niemieckich sklepach
• korzystanie z katalogu niemieckiej biblioteki
I wiele innych. Jak widzicie, rozwijam się=)
• sprawne zmienianie języka klawiatury z polskiego na niemiecki i na odwrót
• przyrządzanie ryby po grecku i chili con carne
• doskonalenie technik jazdy na rowerze (warianty z zakupami, na obcasach, w deszczu)
• zdobywanie miejsc na kursach, pomimo tego, że ich teoretycznie nie ma (umiejętność złożona: dyskusje z panią w dziekanacie, rozmowy telefoniczne z profesorami, pisanie do nich licznych maili – list formalny po niemiecku, odnajdywanie w obcych szpitalach osób odpowiedzialnych za dydaktykę itd.)
• robienie notatek po niemiecku (zarówno z książek, jak i na wykładach)
• zrozumienie i początki zastosowania słowa „kriegen”, które jest używane z nieograniczoną częstotliwością w milionach znaczeń
• wygłaszanie referatu po niemiecku
• pisanie bloga
• obsługa facebooka
• zakładanie i obsługa niemieckiego konta bankowego
• doskonalenie technik robienia zdjęć
• funkcjonowanie w kuchni z innymi narodowościami (uczy tolerancji...)
• upychanie dużej ilości jedzenia do małego kawałka lodówki
• męskie strzyżenie (podstawy)
• początki rozróżniania niemieckich akcentów (ostatnio zachwycił mnie pan na wykładzie, mówił „zejn” na sein - zamiast „zajn”- i „ejn” na ein - zamiast „ajn”, podobno mówił Schwabisch, ale i tak najdziwniej mówiący profesor okazał się być Polakiem:)
• i w ogóle rozmawianie z Niemcami. Niestety, czynne branie udziału w żywiołowej dyskusji młodych Niemców, kiedy mówią potocznie i kilku naraz, bywa czasem ponad moje możliwości.
• doskonalenie znajomości geografii, nie tylko Niemiec (nowi znajomi np. z Kirgistanu, nie wypada nie wiedzieć, gdzie to w ogóle jest... Umiejętność realizowana przez zastosowanie Wikipedii)
• odpowiadanie na pytania na temat Polski (po niemiecku) m.in. ilość mieszkańców, dlaczego 11.11 jest świętem, tradycyjne potrawy na Święta (nie mogłam sobie przypomnieć, jak są pierniki po niemiecku... Próbowałam wytłumaczyć opisowo, nie było łatwo)
• poznawanie nowych gatunków piwa i różnych rodzajów marcepanu
• robienie zakupów w niemieckich sklepach
• korzystanie z katalogu niemieckiej biblioteki
I wiele innych. Jak widzicie, rozwijam się=)
sobota, 14 listopada 2009
piątek, 13 listopada 2009
podsumowanie przygody z Rechtsmedizin
Medycyna sądowa jest dość specyficznym przedmiotem. Nawet umiejscowienie kliniki jest nietypowe, oddalone od reszty campusu i niepozornie schowane w urokliwej dzielnicy z domkami jednorodzinnymi… Personel też doborowy, przy czym zdecydowana większość kobiet (!). Dla kolegów dodam, że istnieje niemiecka wersja słynnego pana Tadzia, który beznamiętnie wykonuje bardziej siłowe prace przy sekcji.
Na wykładach poznawaliśmy tajniki rozróżniania różnych rodzajów uduszenia czy sposobów konserwacji ciał. Wszystko okraszone kryminalnymi historiami i krwawymi zdjęciami (te wykłady nie są wrzucane do Internetu..)
Blok praktyczny trwał tydzień. Pierwszego dnia uczestniczyliśmy w obdukcji ciała ze szczególnym uwzględnieniem ustalania oznak śmierci. Bo bywa to, wbrew pozorom, czasem trudnym zadaniem. Potem mieliśmy zajęcia z morfologii ran. Każdy musiał opisywać po kolei jeden przypadek ze zdjęcia. Nawet mi się udało, chociaż nie jest to takie proste, wysłowić się w obcym języku, że brzeg rany jest gładki, a uszkodzenia znajdują się w miejscach dostępnych dla samobójcy... Ale pocieszeniem był fakt, że niektórzy Niemcy mieli z tym podobne kłopoty.
Następnego dnia z rana mieliśmy zajęcia z panią biolog, która uczyła nas sposobów zbierania śladów z miejsca zbrodni. Specjalnie przygotowała damską koszulkę ze śladami krwi i spermy, które musieliśmy poddać próbom chemicznym. Potem interpretowaliśmy testy na ojcostwo. Było to wszystko całkiem ciekawe, jakkolwiek praca z probówkami i cięcie DNA nie jest moja pasją. Na miłe zakończenie wtorku po raz kolejny obdukcja.
W środę od rana mocne uderzenie, sekcja zwłok. Dla mnie nie było to taką wielką nowością, ale zdziwiłam się, bo Niemcy uczestniczyli w czymś takim po raz pierwszy. Nie mieli wcześniej sekcji w ramach anatomopatologii, tak jak my. I ogólnie ich przygoda z sekcjami zakończyła się na tym jednym przypadku. Nie wiem, czy to lepiej, czy gorzej. Z jednej strony było to u nas pewną rutyną i nie wykorzystaliśmy tego czasu bardzo intensywnie, raczej wszyscy uciekali do najdalszych rzędów... Ale z drugiej strony mamy dzięki temu pewne „obycie” z ludzkim ciałem, jesteśmy lepiej psychicznie i fizycznie przygotowani na takie sytuacje.
Potem znów mieliśmy zajęcia z morfologii ran. A w czwartek uczyliśmy się toksykologii ze szczególnym uwzględnieniem alkoholu.
W piątek rano były zajęcia z psychopatologii z profesorem, który, jak każdy profesor, opowiada różne ciekawe historie, tym razem o poczytalności/niepoczytalności. Na wejściu był miły akcent, bo pan profesor otworzył mi drzwi do kliniki i rozpoznał mnie z wykładu.
Na zakończenie prezentowaliśmy nasze referaty, które przygotowywaliśmy w ciągu tygodnia. Udało mi się zdobyć jedyny temat, który mało dotyczył prawa, a bardziej samej medycyny, bo stwierdziłam, że wgłębianie się w niemieckie przepisy trochę mnie przerasta. Ale nie obyło się bez komplikacji. Moim tematem była diagnostyka różnicowa urazów czaszki. Wyszłam z założenia, że skoro to medycyna sądowa, to chodzi o różnicowanie pośmiertne i do środy miałam już wszystko prawie gotowe, po czym dowiedziałam się, że chodzi o kliniczne różnicowanie, kiedy żywy pacjent pojawia się z takim problemem. Więc pisałam od początku. Po drodze miałam jeszcze przygody z komputerem, który nie wiadomo dlaczego nie zapisywał sam tekstu automatycznie i musiałam część pisać jeszcze raz...
Ale szczęśliwie sama prezentacja poszła już lepiej, szczególnie, że podkreśliłam na wstępie, że to mój pierwszy w życiu referat wygłaszany w języku niemieckim. Profesor chyba się przejął, bo nie zadawał mi zbyt wielu dodatkowych pytań, a na końcu powiedział tylko, że „gut”. No to gut.
Na wykładach poznawaliśmy tajniki rozróżniania różnych rodzajów uduszenia czy sposobów konserwacji ciał. Wszystko okraszone kryminalnymi historiami i krwawymi zdjęciami (te wykłady nie są wrzucane do Internetu..)
Blok praktyczny trwał tydzień. Pierwszego dnia uczestniczyliśmy w obdukcji ciała ze szczególnym uwzględnieniem ustalania oznak śmierci. Bo bywa to, wbrew pozorom, czasem trudnym zadaniem. Potem mieliśmy zajęcia z morfologii ran. Każdy musiał opisywać po kolei jeden przypadek ze zdjęcia. Nawet mi się udało, chociaż nie jest to takie proste, wysłowić się w obcym języku, że brzeg rany jest gładki, a uszkodzenia znajdują się w miejscach dostępnych dla samobójcy... Ale pocieszeniem był fakt, że niektórzy Niemcy mieli z tym podobne kłopoty.
Następnego dnia z rana mieliśmy zajęcia z panią biolog, która uczyła nas sposobów zbierania śladów z miejsca zbrodni. Specjalnie przygotowała damską koszulkę ze śladami krwi i spermy, które musieliśmy poddać próbom chemicznym. Potem interpretowaliśmy testy na ojcostwo. Było to wszystko całkiem ciekawe, jakkolwiek praca z probówkami i cięcie DNA nie jest moja pasją. Na miłe zakończenie wtorku po raz kolejny obdukcja.
W środę od rana mocne uderzenie, sekcja zwłok. Dla mnie nie było to taką wielką nowością, ale zdziwiłam się, bo Niemcy uczestniczyli w czymś takim po raz pierwszy. Nie mieli wcześniej sekcji w ramach anatomopatologii, tak jak my. I ogólnie ich przygoda z sekcjami zakończyła się na tym jednym przypadku. Nie wiem, czy to lepiej, czy gorzej. Z jednej strony było to u nas pewną rutyną i nie wykorzystaliśmy tego czasu bardzo intensywnie, raczej wszyscy uciekali do najdalszych rzędów... Ale z drugiej strony mamy dzięki temu pewne „obycie” z ludzkim ciałem, jesteśmy lepiej psychicznie i fizycznie przygotowani na takie sytuacje.
Potem znów mieliśmy zajęcia z morfologii ran. A w czwartek uczyliśmy się toksykologii ze szczególnym uwzględnieniem alkoholu.
W piątek rano były zajęcia z psychopatologii z profesorem, który, jak każdy profesor, opowiada różne ciekawe historie, tym razem o poczytalności/niepoczytalności. Na wejściu był miły akcent, bo pan profesor otworzył mi drzwi do kliniki i rozpoznał mnie z wykładu.
Na zakończenie prezentowaliśmy nasze referaty, które przygotowywaliśmy w ciągu tygodnia. Udało mi się zdobyć jedyny temat, który mało dotyczył prawa, a bardziej samej medycyny, bo stwierdziłam, że wgłębianie się w niemieckie przepisy trochę mnie przerasta. Ale nie obyło się bez komplikacji. Moim tematem była diagnostyka różnicowa urazów czaszki. Wyszłam z założenia, że skoro to medycyna sądowa, to chodzi o różnicowanie pośmiertne i do środy miałam już wszystko prawie gotowe, po czym dowiedziałam się, że chodzi o kliniczne różnicowanie, kiedy żywy pacjent pojawia się z takim problemem. Więc pisałam od początku. Po drodze miałam jeszcze przygody z komputerem, który nie wiadomo dlaczego nie zapisywał sam tekstu automatycznie i musiałam część pisać jeszcze raz...
Ale szczęśliwie sama prezentacja poszła już lepiej, szczególnie, że podkreśliłam na wstępie, że to mój pierwszy w życiu referat wygłaszany w języku niemieckim. Profesor chyba się przejął, bo nie zadawał mi zbyt wielu dodatkowych pytań, a na końcu powiedział tylko, że „gut”. No to gut.
poniedziałek, 9 listopada 2009
O wykładach
Student tutejszy ma pewne ograniczenia wewnętrzne. Wprowadzono udogodnienia. Wymieniając za kolejnością losową:
- Z uwagi na krótki zasięg na jednym kawy tankowaniu wykłady trwają maksymalnie 45 minut, przerwa 15 minut. Kawiarnia jest blisko.
- Z uwagi na brak zdolności szybkiego przemieszczania się z jednego końca miasta na drugi wszystkie wykłady odbywają się w jednym miejscu.
- Z uwagi na wybitne braki zdolności do sporządzania notatek, wykłady są nagrywane i wraz ze slajdami dostępne w sieci.
- Z uwagi na krótki zasięg na jednym kawy tankowaniu wykłady trwają maksymalnie 45 minut, przerwa 15 minut. Kawiarnia jest blisko.
- Z uwagi na brak zdolności szybkiego przemieszczania się z jednego końca miasta na drugi wszystkie wykłady odbywają się w jednym miejscu.
- Z uwagi na wybitne braki zdolności do sporządzania notatek, wykłady są nagrywane i wraz ze slajdami dostępne w sieci.
piątek, 6 listopada 2009
środa, 4 listopada 2009
wtorek, 3 listopada 2009
profesjonalne obuwie rowerowe
Problem jest szerszy. Otóż moja wschodnia dusza budzi się we mnie, w konfrontacji wobec panującego ducha zachodniego. W węższym znaczeniu dotyczy to ubioru. Niemki - studentki w 80% noszą bluzy, trampki i kurtki przeciwdeszczowe. To wygodne i praktyczne. Przyznam, że czasem ulegam, szczególnie, gdy w perspektywie jest dziesięciokrotne przebieranie w fartuch, ubrania do operacji itd. Ale ogólnie jestem zdania, że w życiu nie można iść na łatwiznę. Toteż przywdziewam buty na obcasie i z prezentuję alternatywę, kolorową duszę wschodnią.
Zdjęcie na dowód, że mój manifest nie upośledza codziennych czynności, jak jeżdżenie na obiad rowerem:)
Zdjęcie na dowód, że mój manifest nie upośledza codziennych czynności, jak jeżdżenie na obiad rowerem:)
poniedziałek, 2 listopada 2009
c.d. zabaw z Rechtsmedizin
"Primaere Hirnstammblutungen muessen nicht unmittelbar toedlich sein, werden aber in der Regel nicht ueberlebt."
(W wolnym tłumaczeniu: "Pierwotne krwotoki pnia mózgu nie są jednoznacznie śmiertelne, ale zazwyczaj się ich nie przeżywa.")
(W wolnym tłumaczeniu: "Pierwotne krwotoki pnia mózgu nie są jednoznacznie śmiertelne, ale zazwyczaj się ich nie przeżywa.")
niedziela, 1 listopada 2009
listopadowo
Po raz pierwszy, od nie wiem jak dawna, nie jestem w domu 1.11. Smutno.
U Niemców nie ma Święta Wszystkich Świętych. Jedyne, co mogliśmy obchodzić, to organizowane przez Amerykanów akademikowe Halloween Party. Dużo ludzi poprzebieranych za wampiry, czarownice, śmierci, krwawych chirurgów. Dekoracje z waty imitującej pajęczynę, która plątała się pod nogami podczas tańca. Rozdawali też taką dziwną wódkę w galarecie, której nie dało rady wypić bez rozbicia plastikowego kieliszka. Do tego jakiś Hindus zaczął mi bezinteresownie opowiadać o swoich podróżach po Europie (nie zważając na to, że połowy nie miałam szans usłyszeć). Najfajniejsze były darmowe piłkarzyki (rozegraliśmy z Markiem szaleńczą rundę jeden na jeden, ale niestety zapomnieliśmy liczyć punkty w ferworze walki) i momenty, kiedy na parkiecie królowała Madonna. Całkiem sympatycznie;), ale trochę nie mój klimat. Z kolei Marek był porażony brakiem urody kwiatu niemieckiej młodzieży (dziewcząt), do czego zapewne przyczyniła się specyficzna stylistyka i charakteryzacja.
Od dwóch dni zajmuję się właśnie takimi mrocznymi tematami związanymi ze śmiercią, nie tylko ze względu na Halloween, ale przede wszystkim poprzez przygotowania do mojego następnego bloku, czyli medycyny sądowej. Z jednej strony przedmiot wydaje się ciekawy (szczególnie dla osób, które lubią zagadki kryminalne), ale z drugiej strony momentami jest dość odrzucający (uczenie się o kolorach plam opadowych i stadiach gnicia ciała po śmierci).
Póki co, moje ulubione zdania z ksiązki "Praxis Rechtsmedizin":
"Je fauliger die Leiche, desto geringer die Infektionsgefahr!" (miej więcej: "Im bardziej zgniłe ciało, tym mniejsze ryzyko infekcji!" - urocza ekspresja) oraz
"Der Arzt spricht mit der von ihm vorgenommenen Qualifikation der Todesart kein Werturteil aus." (Nie podejmuję się tłumaczenia, ale jest piękne.)
U Niemców nie ma Święta Wszystkich Świętych. Jedyne, co mogliśmy obchodzić, to organizowane przez Amerykanów akademikowe Halloween Party. Dużo ludzi poprzebieranych za wampiry, czarownice, śmierci, krwawych chirurgów. Dekoracje z waty imitującej pajęczynę, która plątała się pod nogami podczas tańca. Rozdawali też taką dziwną wódkę w galarecie, której nie dało rady wypić bez rozbicia plastikowego kieliszka. Do tego jakiś Hindus zaczął mi bezinteresownie opowiadać o swoich podróżach po Europie (nie zważając na to, że połowy nie miałam szans usłyszeć). Najfajniejsze były darmowe piłkarzyki (rozegraliśmy z Markiem szaleńczą rundę jeden na jeden, ale niestety zapomnieliśmy liczyć punkty w ferworze walki) i momenty, kiedy na parkiecie królowała Madonna. Całkiem sympatycznie;), ale trochę nie mój klimat. Z kolei Marek był porażony brakiem urody kwiatu niemieckiej młodzieży (dziewcząt), do czego zapewne przyczyniła się specyficzna stylistyka i charakteryzacja.
Od dwóch dni zajmuję się właśnie takimi mrocznymi tematami związanymi ze śmiercią, nie tylko ze względu na Halloween, ale przede wszystkim poprzez przygotowania do mojego następnego bloku, czyli medycyny sądowej. Z jednej strony przedmiot wydaje się ciekawy (szczególnie dla osób, które lubią zagadki kryminalne), ale z drugiej strony momentami jest dość odrzucający (uczenie się o kolorach plam opadowych i stadiach gnicia ciała po śmierci).
Póki co, moje ulubione zdania z ksiązki "Praxis Rechtsmedizin":
"Je fauliger die Leiche, desto geringer die Infektionsgefahr!" (miej więcej: "Im bardziej zgniłe ciało, tym mniejsze ryzyko infekcji!" - urocza ekspresja) oraz
"Der Arzt spricht mit der von ihm vorgenommenen Qualifikation der Todesart kein Werturteil aus." (Nie podejmuję się tłumaczenia, ale jest piękne.)
Ja i niemiecki pacjent. Oko w Oko
Długie proste. To była moja pięta achillesowa. Moje szpitalne laczki mają wolną piętę. A nasza chirurgini miała Nike.RunninG.Shoes. Zawsze na prostych zostawałem w tyle. Zakręty też nie były łatwe, szczególnie, że liczne Putzmaszyny moczą posadzkę w systemie trójzmianowym.
Z zawierusze szpitalnej, zostawiony przez Pijotlerke i Doktorke, stanąłem twarzą w twarz z niemieckim pacjentem. Moim jedynym obwodem był niemiecki status preasens (szczęśliwie kilka dni wcześniej przestudiowany). Taktyka była prosta, krótkie, konkretne pytania, rzeczowniki z intonacją pytającą, dużo haben, dużo Probleme i przede wszystkim Austausch Student aus Polen. Szczęśliwie pacjent okazał się być niewrażliwy na niedostaki komunikacyjne i w prostych budowlanych słowach wyjaśnił zawiłości swoich dolegliwości. Dodał jeszcze, że jako budowlaniec sporo w dawnych czasach pił sznapsa - na budowie. Pewne prawdy uniwersalne są uniwersalne.
Potem przyszła doktorka, poczytała co tam napisałem i dostałem podpis. Podpis jest najważniejszy. Blokpraktykę z chirurgii zaliczyłem, w ramach zabaw zużyłem 7 metrów nici.
Z zawierusze szpitalnej, zostawiony przez Pijotlerke i Doktorke, stanąłem twarzą w twarz z niemieckim pacjentem. Moim jedynym obwodem był niemiecki status preasens (szczęśliwie kilka dni wcześniej przestudiowany). Taktyka była prosta, krótkie, konkretne pytania, rzeczowniki z intonacją pytającą, dużo haben, dużo Probleme i przede wszystkim Austausch Student aus Polen. Szczęśliwie pacjent okazał się być niewrażliwy na niedostaki komunikacyjne i w prostych budowlanych słowach wyjaśnił zawiłości swoich dolegliwości. Dodał jeszcze, że jako budowlaniec sporo w dawnych czasach pił sznapsa - na budowie. Pewne prawdy uniwersalne są uniwersalne.
Potem przyszła doktorka, poczytała co tam napisałem i dostałem podpis. Podpis jest najważniejszy. Blokpraktykę z chirurgii zaliczyłem, w ramach zabaw zużyłem 7 metrów nici.
piątek, 30 października 2009
małe marcepanowe zakupy
Ciężko było podjąć decyzję, w końcu Lubeka to miasto noblistów i marcepanu. W samym centrum starówki jest sklep z marcepanami (i innymi słodyczami) wszelkiego rodzaju. Od marcepanowych chlebków, świnek, przez klasyczne w czekoladzie, po marcepany malinowe z chili... Rodzina może się spodziewać na święta:) My zaczęliśmy skromnie, cztery klasyczne słodycze na załączonym obrazku.
poniedziałek, 26 października 2009
niedziela, 25 października 2009
sobota, 24 października 2009
Lost in intubation
Moja przygoda z niemiecką anestezjologią zaczęła się w sposób niespodziewany i dość przypadkowy. Według szybko zmieniających się planów (bo sytuacja Erasmusowca jest dość dynamiczna, w zależności od pojawiająco się - znikających miejsc na kursach), miałam zacząć od czegoś zupełnie innego (psychiatrii), ale tuż przed rozpoczęciem zajęć przybiegł do mnie mój niemiecki Anioł Stróż (Simone) z informacją, że pojawiło się wolne miejsce, po czym w ciągu pięciu minut musiałam szybko podjąć decyzję, co chcę robić przez najbliższe dwa tygodnie... Nie pamiętam już dokładnie, co przeważyło na korzyść anestezjologii, ale chyba dobrze się stało. Według zasady, że dobry Niemiec, to śpiący Niemiec (a już na pewno łatwiejszy w kontakcie niż chory psychicznie Niemiec).
Muszę przyznać, że zajęcia są naprawdę dobrze prowadzone. Przemyślane, nastawione na praktyczne umiejętności. Urocze było, jak uczyliśmy się zakładania dostępu dotętniczego na silikonowych rurkach imitujących naczynia. Albo jak prowadzący specjalnie przyprowadził na zajęcia z terapii bólu aktorkę, która odgrywała rolę pacjentki z bólami nowotworowymi. Chlubą katedry anestezjologii jest też LARS, czyli specjalny fantom do nauki prowadzenia narkozy. Fantom mruga oczami, oddycha, jest podłączony do EKG, pulsoksymetru, aparatu do mierzenia ciśnienia, a wyświetlane parametry zmieniają się w zależności od podawanych leków (drogą dożylną, bo ma założony wenflon). Można go też cewnikować, intubować i rozmawiać(!) z nim (w sali są głośniki, przez które odpowiada pan z sali obok...).
Na początku każdego seminarium dostaje się kartki z wydrukowanymi slajdami z miejscem na notatki (nie mówiąc o tym, że wszystkie wykłady są na bieżąco nagrywane razem z głosem prowadzącego i dostępne w sieci). Panuje tu także trend wypytywania studentów na końcu zajęć, co im się podobało i czy przyda im się to, czego się nauczyli.
Jeśli ktoś ma zapał do nauki, to ma wiele możliwości na zdobycie wiedzy (fakultety, jeżdżenie w karetce itd.). Ale nikt tu tak dokładnie nie kontroluje na bieżąco stanu naszych umiejętności, student jest bardziej samodzielny niż w Polsce. Sam musi zadawać pytania, a przede wszystkim odnaleźć swojego prowadzącego (dzwoniąc na jego pager z któregokolwiek magicznego telefonu na campusie, wtedy lekarz ma OBOWIĄZEK oddzwonić na dany telefon). Bo część zajęć polega na asystowaniu anestezjologowi przy pracy, nie w grupie, tylko pojedynczo. Bardzo mi się podoba ten układ uczeń - nauczyciel, chociaż nie można się w razie potrzeby schować za plecami kolegi z grupy. Ale póki co, mam dobre doświadczenia odnośnie tej formy zajęć.
Podsumowaniem moich rozważań niech będzie fakt, że jak zapytałam profesora o zagadnienia do egzaminu, to poradził mi, żebym przerobiła stare testy:)
Muszę przyznać, że zajęcia są naprawdę dobrze prowadzone. Przemyślane, nastawione na praktyczne umiejętności. Urocze było, jak uczyliśmy się zakładania dostępu dotętniczego na silikonowych rurkach imitujących naczynia. Albo jak prowadzący specjalnie przyprowadził na zajęcia z terapii bólu aktorkę, która odgrywała rolę pacjentki z bólami nowotworowymi. Chlubą katedry anestezjologii jest też LARS, czyli specjalny fantom do nauki prowadzenia narkozy. Fantom mruga oczami, oddycha, jest podłączony do EKG, pulsoksymetru, aparatu do mierzenia ciśnienia, a wyświetlane parametry zmieniają się w zależności od podawanych leków (drogą dożylną, bo ma założony wenflon). Można go też cewnikować, intubować i rozmawiać(!) z nim (w sali są głośniki, przez które odpowiada pan z sali obok...).
Na początku każdego seminarium dostaje się kartki z wydrukowanymi slajdami z miejscem na notatki (nie mówiąc o tym, że wszystkie wykłady są na bieżąco nagrywane razem z głosem prowadzącego i dostępne w sieci). Panuje tu także trend wypytywania studentów na końcu zajęć, co im się podobało i czy przyda im się to, czego się nauczyli.
Jeśli ktoś ma zapał do nauki, to ma wiele możliwości na zdobycie wiedzy (fakultety, jeżdżenie w karetce itd.). Ale nikt tu tak dokładnie nie kontroluje na bieżąco stanu naszych umiejętności, student jest bardziej samodzielny niż w Polsce. Sam musi zadawać pytania, a przede wszystkim odnaleźć swojego prowadzącego (dzwoniąc na jego pager z któregokolwiek magicznego telefonu na campusie, wtedy lekarz ma OBOWIĄZEK oddzwonić na dany telefon). Bo część zajęć polega na asystowaniu anestezjologowi przy pracy, nie w grupie, tylko pojedynczo. Bardzo mi się podoba ten układ uczeń - nauczyciel, chociaż nie można się w razie potrzeby schować za plecami kolegi z grupy. Ale póki co, mam dobre doświadczenia odnośnie tej formy zajęć.
Podsumowaniem moich rozważań niech będzie fakt, że jak zapytałam profesora o zagadnienia do egzaminu, to poradził mi, żebym przerobiła stare testy:)
piątek, 23 października 2009
Wnioski, spostrzeżenia, meandry
Najpierw wielokrotnie ścinaliśmy się z panią dziekanatową kierowniczką i panem dziekanowym informatykiem. Wszystko zajęło prawie tydzień. Potem dotarliśmy do uroczej młodej lekarki, koordynatorki chirurgii, która w pięć i pół sekundy znalazła mi miejsce. Tak oto wylądowałem w Chirurgische Ambulanz. Jeden lekarz, jedna stażystka (czyli PiJotlerin), jedna erasmuska (z Łotwy) i ja. W pierwszy dzień dowiedziałem się też, ilu chirurgów plastyków (2), ile pielęgniarek (2), ilu anestezjologów (1) i ile ręcznych piłek obrotowych (3) potrzeba do zdjęcia obrączki z rannej ręki. Cała operacja trwała 40 minut. Najpierw próbowali bez znieczulenia, potem w miejscowym, potem przyszedł anestezjolog. Biorąc pod uwagę stawki kosztowało to pewnie z 500 PLN. Przez pierwsze trzy dni pełniłem też funkcję wysoce wykwalfikowanego personelu. Pacjentka, Polka, nie chciała się operować, mówiła tylko po polsku. Z tego co wiem, mimo moich wysiłków jako tłumacza, nie dała się przekonać. Poza tym bardzo spodobało mi się wysyłanie krwi do laboratorium. Wiesza się probówki w stalowej skrzynce, kładzie się ją na tory, wpisuje adres i wysyła torowiskiem schowanym między ścianami. Jakimś przypadkiem kilkadziesiąt minut później wyniki są w komputerze. Komputery są liczne, z jeszcze liczniejszymi monitorami, ale problemy są typowe. A to nie ma hasła, a to zginął skrót od programu ze zdjęciami. Lekarze w Ambulanzie rotują, więc codziennie spotyka mnie niespodzianka. Najciekawiej jest, jak nikt nie przychodzi, wtedy naleczamy pacjentów sami, z Pijotlerką. W sumie to więcej w tym interny niż chirurgii. Czasami, kiedy nie ma pacjentów, zszywam ranną gąbkę, nitek jest dużo. Często biegamy po różnych oddziałach na konsultacje. Dystanse są borowskie, ale korytarze węższe.
Z rzeczy ważnych:
Mamy przerwę obiadową, a w Zentral Klinikum jest wypasiona stołówka.
W szpitalnej kuchni jest automat z b.dobra kawą za 40 eurocentów.
Najtańszy weizen dunkel kosztuje 35 eurocentów.
Internet oscyluje między 4 a 8 Mbit w obie strony.
Na uczelnie mamy 4 minuty piechotą.
Biorąc pod uwagę nasze przesunięcie na północ, dzień będzie tutaj jeszcze krótszy.
Z rzeczy ważnych:
Mamy przerwę obiadową, a w Zentral Klinikum jest wypasiona stołówka.
W szpitalnej kuchni jest automat z b.dobra kawą za 40 eurocentów.
Najtańszy weizen dunkel kosztuje 35 eurocentów.
Internet oscyluje między 4 a 8 Mbit w obie strony.
Na uczelnie mamy 4 minuty piechotą.
Biorąc pod uwagę nasze przesunięcie na północ, dzień będzie tutaj jeszcze krótszy.
poniedziałek, 19 października 2009
Ostatni dzień 5 - miesięcznych wakacji
Aby świętować zakończenie naszych (do tej pory) najdłuższych wakacji w życiu, jak również celem uszczęśliwienia Patrola, wybraliśmy się niedzielną porą nad Ostsee. Na miejscu przeważały starsze niemieckie pary, ewentualnie dokarmiające lokalne ptactwo. Jedynymi obcokrajowacami, jakich udało nam się spotkać, byli nasi ulubieni Chińczycy z Gaestehausu... Ale i tak było fajnie. Miłe uczucie, pomieszkać rok nad morzem. Wywiewa z głowy zbędne smutki. I jest dużo przestrzeni, która daje (złudną) nadzieję, że jakby co, zawsze można uciec w świat...
piątek, 16 października 2009
Wewnątrz i na zewnątrz St.Petri
Do kościoła St.Petri trafiliśmy po raz pierwszy w poniedziałek, na uroczyste rozpoczęcie tygodnia dla studentów pierwszego roku - tzw. Ersties (nas nie chcieli tak ładnie witać, więc sami się wprosiliśmy na cudzą uroczystość, niestety koszulek i gadżetów już dla nas nie starczyło). Urocze, bo zamiast o nauce była raczej mowa o tym, żeby w czasie studiów chodzić do kina, teatru, brać udział w życiu uczelni (chór, orkiestra, duszpasterstwo, sport - wszystkie organizacje prezentowały się po kolei, nawet pani prezydent miasta witała nowych studentów).
Sam kościół nie pełni już funkcji kościoła, a raczej uroczystej sali uniwersyteckiej. Po uroczystości chcieliśmy od razu iść na wieżę widokową budynku, ale tego dnia niestety strasznie padało, więc zrezygnowaliśmy z naszych planów.
Jednakże Marek, jako mieszkaniec okolic górskich, ma silną potrzebę oceny terenu z wysokości. Twierdzi, że w mieście bez wzniesień się gubi. Moim zdaniem ma też podświadomą potrzebę porównywania wszystkiego z ukochaną wieżą kościoła bielawskiego. Wybraliśmy się więc następnego dnia z nowo poznanym kolegą z Węgier - Tomim, na wieżę widokową kościoła St.Petri. Tym razem pogoda dopisała i było pięknie. Mam nadzieję, że zdjęcia są tego dowodem.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

