Po raz pierwszy, od nie wiem jak dawna, nie jestem w domu 1.11. Smutno.
U Niemców nie ma Święta Wszystkich Świętych. Jedyne, co mogliśmy obchodzić, to organizowane przez Amerykanów akademikowe Halloween Party. Dużo ludzi poprzebieranych za wampiry, czarownice, śmierci, krwawych chirurgów. Dekoracje z waty imitującej pajęczynę, która plątała się pod nogami podczas tańca. Rozdawali też taką dziwną wódkę w galarecie, której nie dało rady wypić bez rozbicia plastikowego kieliszka. Do tego jakiś Hindus zaczął mi bezinteresownie opowiadać o swoich podróżach po Europie (nie zważając na to, że połowy nie miałam szans usłyszeć). Najfajniejsze były darmowe piłkarzyki (rozegraliśmy z Markiem szaleńczą rundę jeden na jeden, ale niestety zapomnieliśmy liczyć punkty w ferworze walki) i momenty, kiedy na parkiecie królowała Madonna. Całkiem sympatycznie;), ale trochę nie mój klimat. Z kolei Marek był porażony brakiem urody kwiatu niemieckiej młodzieży (dziewcząt), do czego zapewne przyczyniła się specyficzna stylistyka i charakteryzacja.
Od dwóch dni zajmuję się właśnie takimi mrocznymi tematami związanymi ze śmiercią, nie tylko ze względu na Halloween, ale przede wszystkim poprzez przygotowania do mojego następnego bloku, czyli medycyny sądowej. Z jednej strony przedmiot wydaje się ciekawy (szczególnie dla osób, które lubią zagadki kryminalne), ale z drugiej strony momentami jest dość odrzucający (uczenie się o kolorach plam opadowych i stadiach gnicia ciała po śmierci).
Póki co, moje ulubione zdania z ksiązki "Praxis Rechtsmedizin":
"Je fauliger die Leiche, desto geringer die Infektionsgefahr!" (miej więcej: "Im bardziej zgniłe ciało, tym mniejsze ryzyko infekcji!" - urocza ekspresja) oraz
"Der Arzt spricht mit der von ihm vorgenommenen Qualifikation der Todesart kein Werturteil aus." (Nie podejmuję się tłumaczenia, ale jest piękne.)
U Niemców nie ma Święta Wszystkich Świętych. Jedyne, co mogliśmy obchodzić, to organizowane przez Amerykanów akademikowe Halloween Party. Dużo ludzi poprzebieranych za wampiry, czarownice, śmierci, krwawych chirurgów. Dekoracje z waty imitującej pajęczynę, która plątała się pod nogami podczas tańca. Rozdawali też taką dziwną wódkę w galarecie, której nie dało rady wypić bez rozbicia plastikowego kieliszka. Do tego jakiś Hindus zaczął mi bezinteresownie opowiadać o swoich podróżach po Europie (nie zważając na to, że połowy nie miałam szans usłyszeć). Najfajniejsze były darmowe piłkarzyki (rozegraliśmy z Markiem szaleńczą rundę jeden na jeden, ale niestety zapomnieliśmy liczyć punkty w ferworze walki) i momenty, kiedy na parkiecie królowała Madonna. Całkiem sympatycznie;), ale trochę nie mój klimat. Z kolei Marek był porażony brakiem urody kwiatu niemieckiej młodzieży (dziewcząt), do czego zapewne przyczyniła się specyficzna stylistyka i charakteryzacja.
Od dwóch dni zajmuję się właśnie takimi mrocznymi tematami związanymi ze śmiercią, nie tylko ze względu na Halloween, ale przede wszystkim poprzez przygotowania do mojego następnego bloku, czyli medycyny sądowej. Z jednej strony przedmiot wydaje się ciekawy (szczególnie dla osób, które lubią zagadki kryminalne), ale z drugiej strony momentami jest dość odrzucający (uczenie się o kolorach plam opadowych i stadiach gnicia ciała po śmierci).
Póki co, moje ulubione zdania z ksiązki "Praxis Rechtsmedizin":
"Je fauliger die Leiche, desto geringer die Infektionsgefahr!" (miej więcej: "Im bardziej zgniłe ciało, tym mniejsze ryzyko infekcji!" - urocza ekspresja) oraz
"Der Arzt spricht mit der von ihm vorgenommenen Qualifikation der Todesart kein Werturteil aus." (Nie podejmuję się tłumaczenia, ale jest piękne.)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz