Medycyna sądowa jest dość specyficznym przedmiotem. Nawet umiejscowienie kliniki jest nietypowe, oddalone od reszty campusu i niepozornie schowane w urokliwej dzielnicy z domkami jednorodzinnymi… Personel też doborowy, przy czym zdecydowana większość kobiet (!). Dla kolegów dodam, że istnieje niemiecka wersja słynnego pana Tadzia, który beznamiętnie wykonuje bardziej siłowe prace przy sekcji.
Na wykładach poznawaliśmy tajniki rozróżniania różnych rodzajów uduszenia czy sposobów konserwacji ciał. Wszystko okraszone kryminalnymi historiami i krwawymi zdjęciami (te wykłady nie są wrzucane do Internetu..)
Blok praktyczny trwał tydzień. Pierwszego dnia uczestniczyliśmy w obdukcji ciała ze szczególnym uwzględnieniem ustalania oznak śmierci. Bo bywa to, wbrew pozorom, czasem trudnym zadaniem. Potem mieliśmy zajęcia z morfologii ran. Każdy musiał opisywać po kolei jeden przypadek ze zdjęcia. Nawet mi się udało, chociaż nie jest to takie proste, wysłowić się w obcym języku, że brzeg rany jest gładki, a uszkodzenia znajdują się w miejscach dostępnych dla samobójcy... Ale pocieszeniem był fakt, że niektórzy Niemcy mieli z tym podobne kłopoty.
Następnego dnia z rana mieliśmy zajęcia z panią biolog, która uczyła nas sposobów zbierania śladów z miejsca zbrodni. Specjalnie przygotowała damską koszulkę ze śladami krwi i spermy, które musieliśmy poddać próbom chemicznym. Potem interpretowaliśmy testy na ojcostwo. Było to wszystko całkiem ciekawe, jakkolwiek praca z probówkami i cięcie DNA nie jest moja pasją. Na miłe zakończenie wtorku po raz kolejny obdukcja.
W środę od rana mocne uderzenie, sekcja zwłok. Dla mnie nie było to taką wielką nowością, ale zdziwiłam się, bo Niemcy uczestniczyli w czymś takim po raz pierwszy. Nie mieli wcześniej sekcji w ramach anatomopatologii, tak jak my. I ogólnie ich przygoda z sekcjami zakończyła się na tym jednym przypadku. Nie wiem, czy to lepiej, czy gorzej. Z jednej strony było to u nas pewną rutyną i nie wykorzystaliśmy tego czasu bardzo intensywnie, raczej wszyscy uciekali do najdalszych rzędów... Ale z drugiej strony mamy dzięki temu pewne „obycie” z ludzkim ciałem, jesteśmy lepiej psychicznie i fizycznie przygotowani na takie sytuacje.
Potem znów mieliśmy zajęcia z morfologii ran. A w czwartek uczyliśmy się toksykologii ze szczególnym uwzględnieniem alkoholu.
W piątek rano były zajęcia z psychopatologii z profesorem, który, jak każdy profesor, opowiada różne ciekawe historie, tym razem o poczytalności/niepoczytalności. Na wejściu był miły akcent, bo pan profesor otworzył mi drzwi do kliniki i rozpoznał mnie z wykładu.
Na zakończenie prezentowaliśmy nasze referaty, które przygotowywaliśmy w ciągu tygodnia. Udało mi się zdobyć jedyny temat, który mało dotyczył prawa, a bardziej samej medycyny, bo stwierdziłam, że wgłębianie się w niemieckie przepisy trochę mnie przerasta. Ale nie obyło się bez komplikacji. Moim tematem była diagnostyka różnicowa urazów czaszki. Wyszłam z założenia, że skoro to medycyna sądowa, to chodzi o różnicowanie pośmiertne i do środy miałam już wszystko prawie gotowe, po czym dowiedziałam się, że chodzi o kliniczne różnicowanie, kiedy żywy pacjent pojawia się z takim problemem. Więc pisałam od początku. Po drodze miałam jeszcze przygody z komputerem, który nie wiadomo dlaczego nie zapisywał sam tekstu automatycznie i musiałam część pisać jeszcze raz...
Ale szczęśliwie sama prezentacja poszła już lepiej, szczególnie, że podkreśliłam na wstępie, że to mój pierwszy w życiu referat wygłaszany w języku niemieckim. Profesor chyba się przejął, bo nie zadawał mi zbyt wielu dodatkowych pytań, a na końcu powiedział tylko, że „gut”. No to gut.
Na wykładach poznawaliśmy tajniki rozróżniania różnych rodzajów uduszenia czy sposobów konserwacji ciał. Wszystko okraszone kryminalnymi historiami i krwawymi zdjęciami (te wykłady nie są wrzucane do Internetu..)
Blok praktyczny trwał tydzień. Pierwszego dnia uczestniczyliśmy w obdukcji ciała ze szczególnym uwzględnieniem ustalania oznak śmierci. Bo bywa to, wbrew pozorom, czasem trudnym zadaniem. Potem mieliśmy zajęcia z morfologii ran. Każdy musiał opisywać po kolei jeden przypadek ze zdjęcia. Nawet mi się udało, chociaż nie jest to takie proste, wysłowić się w obcym języku, że brzeg rany jest gładki, a uszkodzenia znajdują się w miejscach dostępnych dla samobójcy... Ale pocieszeniem był fakt, że niektórzy Niemcy mieli z tym podobne kłopoty.
Następnego dnia z rana mieliśmy zajęcia z panią biolog, która uczyła nas sposobów zbierania śladów z miejsca zbrodni. Specjalnie przygotowała damską koszulkę ze śladami krwi i spermy, które musieliśmy poddać próbom chemicznym. Potem interpretowaliśmy testy na ojcostwo. Było to wszystko całkiem ciekawe, jakkolwiek praca z probówkami i cięcie DNA nie jest moja pasją. Na miłe zakończenie wtorku po raz kolejny obdukcja.
W środę od rana mocne uderzenie, sekcja zwłok. Dla mnie nie było to taką wielką nowością, ale zdziwiłam się, bo Niemcy uczestniczyli w czymś takim po raz pierwszy. Nie mieli wcześniej sekcji w ramach anatomopatologii, tak jak my. I ogólnie ich przygoda z sekcjami zakończyła się na tym jednym przypadku. Nie wiem, czy to lepiej, czy gorzej. Z jednej strony było to u nas pewną rutyną i nie wykorzystaliśmy tego czasu bardzo intensywnie, raczej wszyscy uciekali do najdalszych rzędów... Ale z drugiej strony mamy dzięki temu pewne „obycie” z ludzkim ciałem, jesteśmy lepiej psychicznie i fizycznie przygotowani na takie sytuacje.
Potem znów mieliśmy zajęcia z morfologii ran. A w czwartek uczyliśmy się toksykologii ze szczególnym uwzględnieniem alkoholu.
W piątek rano były zajęcia z psychopatologii z profesorem, który, jak każdy profesor, opowiada różne ciekawe historie, tym razem o poczytalności/niepoczytalności. Na wejściu był miły akcent, bo pan profesor otworzył mi drzwi do kliniki i rozpoznał mnie z wykładu.
Na zakończenie prezentowaliśmy nasze referaty, które przygotowywaliśmy w ciągu tygodnia. Udało mi się zdobyć jedyny temat, który mało dotyczył prawa, a bardziej samej medycyny, bo stwierdziłam, że wgłębianie się w niemieckie przepisy trochę mnie przerasta. Ale nie obyło się bez komplikacji. Moim tematem była diagnostyka różnicowa urazów czaszki. Wyszłam z założenia, że skoro to medycyna sądowa, to chodzi o różnicowanie pośmiertne i do środy miałam już wszystko prawie gotowe, po czym dowiedziałam się, że chodzi o kliniczne różnicowanie, kiedy żywy pacjent pojawia się z takim problemem. Więc pisałam od początku. Po drodze miałam jeszcze przygody z komputerem, który nie wiadomo dlaczego nie zapisywał sam tekstu automatycznie i musiałam część pisać jeszcze raz...
Ale szczęśliwie sama prezentacja poszła już lepiej, szczególnie, że podkreśliłam na wstępie, że to mój pierwszy w życiu referat wygłaszany w języku niemieckim. Profesor chyba się przejął, bo nie zadawał mi zbyt wielu dodatkowych pytań, a na końcu powiedział tylko, że „gut”. No to gut.
Dla zwykłego śmiertelnika opowieści powyższe marszczą skórę na grzbiecie. Takie mroczne...Ciekawe jakie wrażenia będzie miała z tych zajęć druga połowa wrocławskich luebecersów...
OdpowiedzUsuńdzielna Ola;]
OdpowiedzUsuń