piątek, 23 października 2009

Wnioski, spostrzeżenia, meandry

Najpierw wielokrotnie ścinaliśmy się z panią dziekanatową kierowniczką i panem dziekanowym informatykiem. Wszystko zajęło prawie tydzień. Potem dotarliśmy do uroczej młodej lekarki, koordynatorki chirurgii, która w pięć i pół sekundy znalazła mi miejsce. Tak oto wylądowałem w Chirurgische Ambulanz. Jeden lekarz, jedna stażystka (czyli PiJotlerin), jedna erasmuska (z Łotwy) i ja. W pierwszy dzień dowiedziałem się też, ilu chirurgów plastyków (2), ile pielęgniarek (2), ilu anestezjologów (1) i ile ręcznych piłek obrotowych (3) potrzeba do zdjęcia obrączki z rannej ręki. Cała operacja trwała 40 minut. Najpierw próbowali bez znieczulenia, potem w miejscowym, potem przyszedł anestezjolog. Biorąc pod uwagę stawki kosztowało to pewnie z 500 PLN. Przez pierwsze trzy dni pełniłem też funkcję wysoce wykwalfikowanego personelu. Pacjentka, Polka, nie chciała się operować, mówiła tylko po polsku. Z tego co wiem, mimo moich wysiłków jako tłumacza, nie dała się przekonać. Poza tym bardzo spodobało mi się wysyłanie krwi do laboratorium. Wiesza się probówki w stalowej skrzynce, kładzie się ją na tory, wpisuje adres i wysyła torowiskiem schowanym między ścianami. Jakimś przypadkiem kilkadziesiąt minut później wyniki są w komputerze. Komputery są liczne, z jeszcze liczniejszymi monitorami, ale problemy są typowe. A to nie ma hasła, a to zginął skrót od programu ze zdjęciami. Lekarze w Ambulanzie rotują, więc codziennie spotyka mnie niespodzianka. Najciekawiej jest, jak nikt nie przychodzi, wtedy naleczamy pacjentów sami, z Pijotlerką. W sumie to więcej w tym interny niż chirurgii. Czasami, kiedy nie ma pacjentów, zszywam ranną gąbkę, nitek jest dużo. Często biegamy po różnych oddziałach na konsultacje. Dystanse są borowskie, ale korytarze węższe.

Z rzeczy ważnych:
Mamy przerwę obiadową, a w Zentral Klinikum jest wypasiona stołówka.
W szpitalnej kuchni jest automat z b.dobra kawą za 40 eurocentów.
Najtańszy weizen dunkel kosztuje 35 eurocentów.
Internet oscyluje między 4 a 8 Mbit w obie strony.
Na uczelnie mamy 4 minuty piechotą.
Biorąc pod uwagę nasze przesunięcie na północ, dzień będzie tutaj jeszcze krótszy.

2 komentarze:

  1. a z tą polką co tłumaczyłeś, to po jakiemu się rozmowa toczyła? domyślam się, że w grę wchodził rumuński, hm? ;)

    OdpowiedzUsuń