piątek, 30 października 2009

małe marcepanowe zakupy





Ciężko było podjąć decyzję, w końcu Lubeka to miasto noblistów i marcepanu. W samym centrum starówki jest sklep z marcepanami (i innymi słodyczami) wszelkiego rodzaju. Od marcepanowych chlebków, świnek, przez klasyczne w czekoladzie, po marcepany malinowe z chili... Rodzina może się spodziewać na święta:) My zaczęliśmy skromnie, cztery klasyczne słodycze na załączonym obrazku.

poniedziałek, 26 października 2009

Nutella

Je kuerzer der Tag ist, desto mehr Schokoloade brauche ich.

niedziela, 25 października 2009

sobota, 24 października 2009

Lost in intubation

Moja przygoda z niemiecką anestezjologią zaczęła się w sposób niespodziewany i dość przypadkowy. Według szybko zmieniających się planów (bo sytuacja Erasmusowca jest dość dynamiczna, w zależności od pojawiająco się - znikających miejsc na kursach), miałam zacząć od czegoś zupełnie innego (psychiatrii), ale tuż przed rozpoczęciem zajęć przybiegł do mnie mój niemiecki Anioł Stróż (Simone) z informacją, że pojawiło się wolne miejsce, po czym w ciągu pięciu minut musiałam szybko podjąć decyzję, co chcę robić przez najbliższe dwa tygodnie... Nie pamiętam już dokładnie, co przeważyło na korzyść anestezjologii, ale chyba dobrze się stało. Według zasady, że dobry Niemiec, to śpiący Niemiec (a już na pewno łatwiejszy w kontakcie niż chory psychicznie Niemiec).
Muszę przyznać, że zajęcia są naprawdę dobrze prowadzone. Przemyślane, nastawione na praktyczne umiejętności. Urocze było, jak uczyliśmy się zakładania dostępu dotętniczego na silikonowych rurkach imitujących naczynia. Albo jak prowadzący specjalnie przyprowadził na zajęcia z terapii bólu aktorkę, która odgrywała rolę pacjentki z bólami nowotworowymi. Chlubą katedry anestezjologii jest też LARS, czyli specjalny fantom do nauki prowadzenia narkozy. Fantom mruga oczami, oddycha, jest podłączony do EKG, pulsoksymetru, aparatu do mierzenia ciśnienia, a wyświetlane parametry zmieniają się w zależności od podawanych leków (drogą dożylną, bo ma założony wenflon). Można go też cewnikować, intubować i rozmawiać(!) z nim (w sali są głośniki, przez które odpowiada pan z sali obok...).
Na początku każdego seminarium dostaje się kartki z wydrukowanymi slajdami z miejscem na notatki (nie mówiąc o tym, że wszystkie wykłady są na bieżąco nagrywane razem z głosem prowadzącego i dostępne w sieci). Panuje tu także trend wypytywania studentów na końcu zajęć, co im się podobało i czy przyda im się to, czego się nauczyli.
Jeśli ktoś ma zapał do nauki, to ma wiele możliwości na zdobycie wiedzy (fakultety, jeżdżenie w karetce itd.). Ale nikt tu tak dokładnie nie kontroluje na bieżąco stanu naszych umiejętności, student jest bardziej samodzielny niż w Polsce. Sam musi zadawać pytania, a przede wszystkim odnaleźć swojego prowadzącego (dzwoniąc na jego pager z któregokolwiek magicznego telefonu na campusie, wtedy lekarz ma OBOWIĄZEK oddzwonić na dany telefon). Bo część zajęć polega na asystowaniu anestezjologowi przy pracy, nie w grupie, tylko pojedynczo. Bardzo mi się podoba ten układ uczeń - nauczyciel, chociaż nie można się w razie potrzeby schować za plecami kolegi z grupy. Ale póki co, mam dobre doświadczenia odnośnie tej formy zajęć.
Podsumowaniem moich rozważań niech będzie fakt, że jak zapytałam profesora o zagadnienia do egzaminu, to poradził mi, żebym przerobiła stare testy:)

piątek, 23 października 2009

Wnioski, spostrzeżenia, meandry

Najpierw wielokrotnie ścinaliśmy się z panią dziekanatową kierowniczką i panem dziekanowym informatykiem. Wszystko zajęło prawie tydzień. Potem dotarliśmy do uroczej młodej lekarki, koordynatorki chirurgii, która w pięć i pół sekundy znalazła mi miejsce. Tak oto wylądowałem w Chirurgische Ambulanz. Jeden lekarz, jedna stażystka (czyli PiJotlerin), jedna erasmuska (z Łotwy) i ja. W pierwszy dzień dowiedziałem się też, ilu chirurgów plastyków (2), ile pielęgniarek (2), ilu anestezjologów (1) i ile ręcznych piłek obrotowych (3) potrzeba do zdjęcia obrączki z rannej ręki. Cała operacja trwała 40 minut. Najpierw próbowali bez znieczulenia, potem w miejscowym, potem przyszedł anestezjolog. Biorąc pod uwagę stawki kosztowało to pewnie z 500 PLN. Przez pierwsze trzy dni pełniłem też funkcję wysoce wykwalfikowanego personelu. Pacjentka, Polka, nie chciała się operować, mówiła tylko po polsku. Z tego co wiem, mimo moich wysiłków jako tłumacza, nie dała się przekonać. Poza tym bardzo spodobało mi się wysyłanie krwi do laboratorium. Wiesza się probówki w stalowej skrzynce, kładzie się ją na tory, wpisuje adres i wysyła torowiskiem schowanym między ścianami. Jakimś przypadkiem kilkadziesiąt minut później wyniki są w komputerze. Komputery są liczne, z jeszcze liczniejszymi monitorami, ale problemy są typowe. A to nie ma hasła, a to zginął skrót od programu ze zdjęciami. Lekarze w Ambulanzie rotują, więc codziennie spotyka mnie niespodzianka. Najciekawiej jest, jak nikt nie przychodzi, wtedy naleczamy pacjentów sami, z Pijotlerką. W sumie to więcej w tym interny niż chirurgii. Czasami, kiedy nie ma pacjentów, zszywam ranną gąbkę, nitek jest dużo. Często biegamy po różnych oddziałach na konsultacje. Dystanse są borowskie, ale korytarze węższe.

Z rzeczy ważnych:
Mamy przerwę obiadową, a w Zentral Klinikum jest wypasiona stołówka.
W szpitalnej kuchni jest automat z b.dobra kawą za 40 eurocentów.
Najtańszy weizen dunkel kosztuje 35 eurocentów.
Internet oscyluje między 4 a 8 Mbit w obie strony.
Na uczelnie mamy 4 minuty piechotą.
Biorąc pod uwagę nasze przesunięcie na północ, dzień będzie tutaj jeszcze krótszy.

poniedziałek, 19 października 2009

Ostatni dzień 5 - miesięcznych wakacji






Aby świętować zakończenie naszych (do tej pory) najdłuższych wakacji w życiu, jak również celem uszczęśliwienia Patrola, wybraliśmy się niedzielną porą nad Ostsee. Na miejscu przeważały starsze niemieckie pary, ewentualnie dokarmiające lokalne ptactwo. Jedynymi obcokrajowacami, jakich udało nam się spotkać, byli nasi ulubieni Chińczycy z Gaestehausu... Ale i tak było fajnie. Miłe uczucie, pomieszkać rok nad morzem. Wywiewa z głowy zbędne smutki. I jest dużo przestrzeni, która daje (złudną) nadzieję, że jakby co, zawsze można uciec w świat...

piątek, 16 października 2009

Wewnątrz i na zewnątrz St.Petri







Do kościoła St.Petri trafiliśmy po raz pierwszy w poniedziałek, na uroczyste rozpoczęcie tygodnia dla studentów pierwszego roku - tzw. Ersties (nas nie chcieli tak ładnie witać, więc sami się wprosiliśmy na cudzą uroczystość, niestety koszulek i gadżetów już dla nas nie starczyło). Urocze, bo zamiast o nauce była raczej mowa o tym, żeby w czasie studiów chodzić do kina, teatru, brać udział w życiu uczelni (chór, orkiestra, duszpasterstwo, sport - wszystkie organizacje prezentowały się po kolei, nawet pani prezydent miasta witała nowych studentów).
Sam kościół nie pełni już funkcji kościoła, a raczej uroczystej sali uniwersyteckiej. Po uroczystości chcieliśmy od razu iść na wieżę widokową budynku, ale tego dnia niestety strasznie padało, więc zrezygnowaliśmy z naszych planów.
Jednakże Marek, jako mieszkaniec okolic górskich, ma silną potrzebę oceny terenu z wysokości. Twierdzi, że w mieście bez wzniesień się gubi. Moim zdaniem ma też podświadomą potrzebę porównywania wszystkiego z ukochaną wieżą kościoła bielawskiego. Wybraliśmy się więc następnego dnia z nowo poznanym kolegą z Węgier - Tomim, na wieżę widokową kościoła St.Petri. Tym razem pogoda dopisała i było pięknie. Mam nadzieję, że zdjęcia są tego dowodem.