niedziela, 25 lipca 2010

Wismar

Wycieczka krajoznawcza dość niedaleka. Reportaż mało reportażowy.
TUTAJ

sobota, 24 lipca 2010

STIM

Jeszcze w kwestii egzaminów. Było ich sporo, sesja ciągnęła się nam od kwietnia do końca lipca. Nie sposób opisać wszystkich, ale też nie ma potrzeby, bo w zdecydowanej większości były to testy. Wyjątkami były ustna pediatria oraz praktyczna interna. Chciałabym się skupić na tym ostatnim, bo wydaje mi się najciekawszy, tzn. różniący się od polskich standardów.
Zacznijmy od tego, że całe to zjawisko, na końcu którego znajduje się egzamin, nazywa się STIM, czyli Skills Training Innere Medizin. Jest to kilka sal, w których znajdują się różne modele i przybory do nauki praktycznych umiejętności. Są to:
1. Defibrylator z odpowiednim modelem. Najlepsza była taka dodatkowa konsola, gdzie ustawiało się wyświetlane EKG, po czym student musiał rozpoznać zaburzenie (np. migotanie komór), wykonywał odpowiednie kroki w celu uratowania pacjenta (w tym przypadku defibrylację, kluczowym momentem było również krzyknąć uprzednio „Achtung, Strom, alle weg vom Patient!”), a jeśli zrobił to dobrze, to EKG samo zmieniało się na prawidłowe.
2. Model do nauki wkłucia dotętniczego. Czyli urocza samotna rączka (a właściwie całe przedramię) z wyczuwalnym tętnem (bo obok znajdowała się podłączona do rączki równie urocza pompka, pompująca czerwony płyn do rurki imitującej tętnicę).
3. Model do nauki zakładania wenflonów. Podobne jw. samotne przedramię, bezlitośnie pokłute. Niemiecką specyfiką wydawało mi się, jak wysoką wagę oni przykładają do bieżącego informowania pacjenta (samotnej rączki) o tym, co się robi. Czyli, że najpierw dezynfekcja, to zimne, proszę się nie przestraszyć. Potem, że uwaga zakłucie, proszę się nie przestraszyć itd., itd.
4. USG. Tutaj już niestety model się nie sprawdza. Tak więc podczas ćwiczeń bada się kolegów, a na egzaminie egzaminatora (biedny Tutor, cała grupa zdających wymazała go żelem). Warto dodać, że do dyspozycji (wyłącznie) studentów jest normalny ultrasonograf z Dopplerem!! Nie taki znowu tani. A poza tym to muszę się poskarżyć, że Marek jest niewdzięcznym obiektem badań, ma komplikującą wszystko warstwę mięśniową i mam wątpliwości, czy ma serce, bo miałam problem je znaleźć.
5. EKG. Kolejny model do nauki zakładania elektrod (wreszcie się nauczyłam, jakie kolory idą po kolei) oraz przykładowe wyniki do interpretacji.
6. BGA (Blut Gas Analyse), czyli po naszemu gazometria do interpretacji. Bardzo mi się podobało, bo wymagali od nas analizy wyników według prostego schematu, opanowania podstawowych zaburzeń i co należy wtedy zrobić.
7. RTG, czyli zdjęcie klatki piersiowej do interpretacji. Do nauki mieliśmy ok. 30 przykładowych zdjęć. Było to mądrze zrobione, najpierw widziało się zdjęcie, po następnym kliknięciu pojawiały się strzałki na zdjęciu wskazujące ew. zaburzenia, a po kolejnym kliknięciu diagnoza.
8. Stacja badanie klatki piersiowej. Najpierw badało się model, a następnie słuchało się nagranych szmerów płucnych tudzież tonów serca i należało wykryć zaburzenie, po czym zinterpretować, co to może być.
9. Zakładanie sondy dożołądkowej. Uroczy model, któremu wpychało się rurkę do żołądka przez nos, a jeśli zrobiło się to dobrze, do można było wysłuchać gulgotania wody w lewym nadbrzuszu po podaniu powietrza przez sondę. Kluczowe, jak zwykle, ostrzeżenie przed nieprzyjemnym smakiem środka znieczulającego gardło.
10. Punkcja opłucnej. Model ograniczał się do fragmentu ściany klatki piersiowej z wyczuwalnymi żebrami. Tutaj Tutor kontrolował, jak daleko student zagłębił się klatce piersiowej i przestawiając odpowiednio system rurek sprawiał, że wyczuwało się „loss of resistance”, kiedy aspirując wbiło się już w szczelinę opłucnej.

To tak pokrótce. Oczywiście przy wszystkich stacjach znajdowały się plakaty dokładnie wyjaśniające dane zagadnienie, wskazania, przeciwwskazania itd. Na stronie internetowej są też nagrane filmiki insruktażowe, jakby ktoś sobie chciał jeszcze powtórzyć, co się po kolei robi(kliknij tu)
Ale najciekawsze z tego całego STIMu jest to, że prowadzą to wszystko studenci starszych lat, tzw. Tutorzy (w profesjonalnych koszulkach i oczywiście odpowiednio opłaceni za godziny swojej pracy). Oni również przeprowadzają egzamin. Wydaje mi się to bardzo budujące, że uczelnia ufa swoim studentom i szanuje ich na tyle, że powierza im przeprowadzenie części blokpraktyki z tak ważnego przedmiotu jak interna, no i w dodatku jednego z egzaminów. Muszę przyznać, że Tutorzy byli bardzo profesjonalni i chętni do pomocy.
To zjawisko w ogóle nawiązuje do szerszej sprawy, jaką są możliwości zarabiania pieniędzy przez studentów na uczelni niemieckiej. Możliwości mają naprawdę dużo. Począwszy od tego, że mogą pracować w bibliotece, mogą zarabiać poprzez nagrywanie wykładów, które są wrzucane do Internetu, a skończywszy na funkcji Tutora, która działa na różnych kursach (np. jeśli student zakończył kurs z mikrobiologii, to może zatrudnić się jako Tutor, przychodzi wtedy na zajęcia młodszych kolegów i pomaga im ustawiać mikroskopy, odpowiada na niektóre pytania, oczywiście nie jest tam sam, tylko pomaga prowadzącemu). Oprócz tego, co chwile pojawiają się ogłoszenia o możliwości zgłoszenia się jako płatny ochotnik do badań (np. w laboratorium snu, gdzie ochotnik ma za zadanie spać:). Nie wspominając o tym, że każdorazowe oddanie krwi to 25 euro.

Tylko jedna kwestia pozostaje międzynarodowa. Panie w dziekanacie nie są miłe.

niedziela, 11 lipca 2010

Internistycznie

Wprawdzie blok praktyka z Interny już dawno za mną, ale z powodów kronikarskich należy ją opisać.

Całość trwała 4 tygodnie. Pierwszy tydzień to liczne prelekcje w małych grupach. Najlepsza była nefrologia w 55 minut. Tutejszy doktor House (południowy Niemiec z wąsami, który prowadzi wykłady z nefrologii/kardiologii/zarządzania szpitalem) bez trzymanki wyjaśnił dlaczego nefrolodzy tak lubią kłębuszkowe zapalenia nerek (bo inaczej musielibyśmy leczyć tylko cukrzycową niewydolność nerek). Potem był crash course z kardiologii np. ekg w 45 min itp. Po tym jak z Olą w echokardiografii rozpoznaliśmy Myxoma, grupa zaczęła się na nas dziwnie patrzeć. Ola miała podobne przejścia na oddziale. Doktor zapytał ją i koleżankę Niemkę, jak może powstawać tachykardia nadkomorowa. Ola stwierdziła, że możliwą przyczyną jest fala re-entry, doktor dopytał jaka jest zasada, Ola wyjaśniła. Doktor z coraz większymi oczyma nie dawał za wygraną i zapytał jeszcze jak to można wyleczyć. Oli powiedziała, że ablacją. Na to koleżanka Niemka z bardzo już dużymi oczyma zapytała "a co to jest ablacja?".
Po tygodniu prelekcji trafiliśmy na oddziały. Ja najpierw na 45L. L jak Luft, tudzież Lunge. Teoretycznie była to pneumologia, a praktycznie wszystko. Taka tutejsza reguła, podziały na gastro/pneumo/endo itp. są mniej wyraźne. Jeśli chodzi o dalsze różnice to na oddziałach jest mniej lekarzy. Na 45L była dwójka młodych w czasie specjalizacji (na 30 pacjentów) oraz jako wsparcie pojawiał się głównodowodzący profesor.
Ostatnia duża różnica to pobieranie krwi. Pisaliśmy już wcześniej, że pielęgniarki nie mogą tego robić. Teoretycznie zajmują się tym lekarze, ale z uwagi, że jest ich tylko dwójka, to zadanie spada na studentów tudzież stażystów. A ja byłem jedynym studentem na 45L, więc motywem przewodnim poranków (od 10 do 13) było masowe kłucie pacjentów i pacjentek. Koniec końców tylko u jednej pani nie byłem w stanie odnieść sukcesu. Ale jej żyły były tak głęboko, że przypominało to bardziej odwierty w poszukiwaniu ropy niż pobieranie krwi. Oprócz krwi odpowiedzialny byłem również na ekg. W końcu nauczyłem się kolejności kolorków od elektrod i miejsc przyklejania. Do tego musiałem w ciągu tygodnia przyjąć i opisać trzech pacjentów, był więc co robić. Raz nawet zdarzyło mi się przedstawiać przyjętego pacjenta szefowi. Jakoś się udało.
Drugi tydzień spędziłem na hematologii. Trafiłem tam z kolegą, więc mieliśmy trochę mniej roboty, miałem za to czas nauczyć się obsługi portu żylnego. Ogólnie oddział bardzo ciekawy, tylko pacjenci z ciężkim rokowaniem.
Czwarty tydzień to pisanie epikryzy (takiej rozbudowanej historii) oraz przygotowanie do egzaminu praktycznego o którym więcej napisze Aleksandra.

sobota, 3 lipca 2010

egipskie tematy, bo gorąco


Powoli, powoli zbliża się czas pożegnań. My wciąż jesteśmy zajęci naszymi egzaminami, ale w Gastehaus zaczynają być widoczne prześwity. Wyjeżdżają „stali bywalcy”, ostatnio nasz kolega Ahmed z Kairu, z którym mieliśmy zsynchronizowany zegar biologiczny, bo zawsze pojawialiśmy się głodni o tych samych porach w kuchni. Prowadziliśmy z nim bardzo ciekawe dyskusje, m.in. o wielkiej tamie na Nilu (dzięki czemu wróciłam pamięcią do lekcji historii z klasy czwartej i słynnego tematu „Egipt darem Nilu”), o tym, dlaczego Egipcjanie nie lubią Anglików i w jaki sposób przetrwać Ramadan, czyli nie jeść i nie pić przez cały dzień w czterdziestostopniowym upale. Z tymi lekcjami historii to też śmieszna sprawa, bo dzieci dużo się uczą o starożytnym Egipcie, a potem już praktycznie nic więcej, tak jakby Egipcjanie wciąż nie wyszli poza dwuwymiarową perspektywę z charakterystycznie złożonymi rączkami.
A Ahmed okulista był kiedyś przez miesiąc w Poznaniu i bardzo chwalił polską herbatę. I w ogóle może się kiedyś do Kairu wybierzemy. Polecał nam wycieczkę statkiem po Nilu. I powiedział mi raz, że jestem bardzo podobna do Diane Krüger, po czym zaczęłam się zastanawiać, czy w takim razie nie powinnam się przefarbować na blond...(?)

Z innych ciekawostek, to po wczorajszym udanym egzaminie z pediatrii wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy opalać się na plażę. Piękna sprawa. (Tylko woda trochę jeszcze zimna w morzu.)

środa, 16 czerwca 2010

zgodnie z prośbą. Nordsee.








Wyprawa erazmusowa, polsko-węgiersko-estońska, nissanowo-patrolowa. Zdobyliśmy St.Peter Ording, czyli uczyniliśmy desant nad drugie morze, Morze Północne. Więcej zdjęć na albumie Picasssa.

wtorek, 1 czerwca 2010

niedziela, 30 maja 2010

wizytacja Młodej Pary









Oczywiście trafili na sztorm i wiatr.

sobota, 22 maja 2010

strange

Szeroko rozumianymi „ostatnimi czasy” działo się strasznie dużo dziwnych rzeczy. Ich niezwykłość polegała przede wszystkim na wywoływanej przez nie intensywności emocjonalnej. Brzmi to może mętnie, ale trudno inaczej określić tak szerokie spektrum, od wydarzeń wybitnie negatywnych (katastrofa prezydenckiego samolotu), poprzez niezrozumiałe zjawiska ekologiczne (wybuch wulkanu, wyciek ropy, powódź), po bardzo pozytywne, ale jakże nowe (ślub siostry). Przez parę dni, podczas których takie informacje wyjątkowo się spiętrzyły, chodziłam po uczelni z przeczuciem, że chyba zaraz świat się skończy, a ci biedni Niemcy nic o tym nie wiedzą.*
I tu dochodzimy do sedna programu, a mianowicie mojej nowej perspektywy erazmusowej (nie mam zamiaru bowiem komentować wyżej wymienionych wydarzeń, to ponad moje siły i zdolności).
Otóż do intensywności emocji wywołanej tego typu informacjami dochodzi uczucie dystansu, oddalenia, trochę bezradności w związku z faktem, że jest się za granicą. To dość śmieszne, bo ani się samolotu nie cofnie, ani wulkanu nie zatka, ale chciałoby się być w takich momentach w Polsce, wiedzieć, co się tam dzieje. Paradoksalnie, dzięki Internetowi byliśmy czasem nawet poinformowani szybciej niż rodzina w Polsce, ale były to informacje oficjalne, tudzież subiektywne opinie dziennikarzy. A dobrze jest wiedzieć, co mówią ludzie na uczelni, w domu, co myślą znajomi, jakoś to wszystko razem „przetrawić”.
Dziwne uczucie bycia poza biegiem zdarzeń związane jest zapewne z tym, że społeczność w krytycznych momentach gromadzi się. Gdybyśmy byli na miejscu, to na pewno wiele rzeczy by nam się nie podobało w reakcjach ludzi (nawet czytając informacje w Internecie, wiele rzeczy mi się nie podobało). Tylko, że będąc poza krajem, jakoś nie wypada krytykować (chyba, że jest się Witoldem Gombrowiczem i pisze się dziennik). I jakoś tak dziwnie, bo nie wiadomo, jak się wśród Niemców z tą swoja polskością zachować.
I jak im to opowiedzieć. Bo jest taka potrzeba, żeby mówić, sami zresztą też pytają. Miałam takie frustrujące spotkanie tuż po katastrofie samolotu prezydenckiego w kuchni rano z sąsiadem Austriakiem. Zapytał „wie geht`s”, no i mnie zatkało. Próbowałam mu opowiedzieć, ale po pierwsze nie wiedziałam, jakich po niemiecku użyć słów, poza tym to wszystko brzmiało tak groteskowo. A oprócz bariery językowej jest też świadomość, że on i tak nie jest w stanie do końca zrozumieć, co się teraz dzieje w Polsce, bo nie wie, jacy są Polacy, a ja mu tego nie umiem wytłumaczyć.** Więc w późniejszych rozmowach zazwyczaj kończyło się na potwierdzeniu faktu katastrofy i przyznaniu, że tak, to wielka szkoda.
(w kwestii języka interesujące było, że pierwsza wzmianka w Der Spiegel mówiła o „Unglueck”, dopiero po paru dniach pojawiło się „Katastrophe”)
Różnica kultur pojawiła się chyba najwyraźniej w rozmowie z sąsiadem z Iranu (Amir, bardzo specyficzny biolog molekularny, przez pierwszy tydzień pobytu w Niemczech odreagowywał zakaz picia alkoholu w Iranie i cały czas chodził pijany).
- So, how is your president?
- He`s dead.
- Oh, really. So what are you going to do now in Poland?
- Well, we are going to have a new one.
- And you will forget the dead one?
- No, we won`t.
- Oh, ok.

Potem chyba poczuł się z ta rozmową nieswojo i tłumaczył mi, że Tu-154 to bardzo złe samoloty i on nigdy nimi nie lata.
A na Chińczykach duże wrażenie zrobił fakt, że Obama miał przylecieć na pogrzeb.

*dygresja z dedykacja dla Pauli – niczym Obelix: jacy głupi ci Rzymianie!
**kolejna dygresja z dedykacją dla Pauli – mistrz Zanussi wszystko już opowiedział w swoich filmach, tutaj nasuwa się słynna scena z „Roku Spokojnego Słońca”, kiedy to (bo jakżeby inaczej) Maja K. mówi do Amerykanina „I dumb, you dumb”...

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

RE-HA

Po długiej przerwie blogasek wraca z multimedialnym uderzeniem.

Zeszłego czwartku postanowiliśmy zaliczyć Rehabilitację. Krótka wyprawa do kierownictwa Kliniki Medycyny Socjalnej (K.M.S) zakończona została pełnym sukcesem. W poniedziałek mieliśmy się stawić w oddalonej o 50 km od Lubeki klinice medycyny psychosomatycznej. Moje pierwsze pytanie do Oli zabrzmiało: "Co to jest medycyna psychosomatyczna?". Nie wiedziała. Google maps zlokalizowało nasz cel w malutkiej otoczonej jeziorami i lasami miejscowości Malente. Pachniało mi to horrorem, ośrodek zamknięty daleko od miasta. Kusiło mnie, żeby pod bluzką przemycić nóż. Ostatecznie się powstrzymałem. Zatankowałem Patrola i ruszyliśmy. Rzeczywistość miała nas całkowicie zaskoczyć.

Epizod I

Epizod II



PS.
Szkoda, że zalałem tylko za 20 euro, bo okazało się, że po okazaniu paragonu klinika zwraca pieniądze za przejazd.

środa, 24 lutego 2010

posesyjnie

Udało nam się zaliczyć pierwszą niemiecką sesję.
O internie już pisałam. Była pierwsza i, jak się okazało, najtrudniejsza. I wciąż na nas czyhają kolejne części.
Druga była chirurgia, też tylko część pierwsza (z dwóch), (bo Niemcy lubią tak sobie dawkować egzaminy po troszeczkę). Egzamin był dość zabawny, bo po wejściu na salę okazało się, ze jest za mało testów dla zdających. My, z polskiej szkoły, szybciutko po wejściu zajęliśmy sobie miejsca z kartkami, ale Niemcy przyzwyczajeni do luksusów, za długo się decydowali, błąkali po sali, no i zostali na lodzie. A wszystko wynikało z faktu, że nie trzeba było się zapisywać na ten egzamin, tylko po prostu przyjść. I kiedy zmieszani pilnujący (dodajmy, dwójka ludzi na 150 piszących studentów) stwierdzili brak testów, dostali gromkie brawa i wiwaty. Po czym musieliśmy czekać jakieś 15 minut aż doniosą brakującą ilość, a w międzyczasie wszyscy zdążyli skonsultować pierwszą stronę testu.
I to nie jest tak, jak myślałam, że Niemcy nie ściągają. Otóż ściągają nawet gorzej niż Polacy i to w dodatku mało umiejętnie. Dla ułatwienia na chirurgii wszyscy mieli ten sam test. Jeśli chodzi o jego zawartość merytoryczną, to był o tyle przyjazny, że pytania bezpośrednio wynikały z treści wykładów. Wystarczyło je dość sumiennie przerobić. Ale i tak czterem osobom udało się nie zdać. Wyniki po paru godzinach były w Internecie. Tylko oczywiście mojego numeru indeksu tam nie było. Odezwał się odwieczny strach, że ktoś zgubił mój test w tym całym zamieszaniu (Paula mnie tym straszy od gimnazjum), ale po paru telefonach szczęśliwie udało się wyjaśnić pomyłkę.
Po wtorkowej chirurgii mieliśmy czas do piątku powtórzyć sobie ginekologię i anestezjologię, które pisaliśmy w ciągu jednego dnia… Nie wiem, dlaczego tak ustalono, wydaje mi się to trochę nieludzkie, jeden egzamin na dzień wystarcza całkowicie. Wyszliśmy z założenia, że skoro są tak naraz, to nie mogą być trudne. I znowu wykłady wystarczyły. Byłam z siebie dumna na ginekologii, bo koleżanka Niemka zapytała w trakcie egzaminu o parę moich odpowiedzi, będąc świadomą, że jestem Erasmuską, co oznacza, że ceni sobie nasze umiejętności. A na anestezjologii test był dość nietypowy, bo odpowiedzi do pytań były typu prawda/fałsz (25 pytań z czteroma odpowiedziami, razem 100 punktów do zdobycia). Była również nagroda książkowa dla osób, które zdobędą minimum 90pkt i poprawnie odpowiedzą na pytanie historyczne o przyczynę śmierci jakiegoś węgiersko – austriackiego poety. Osobiście postawiłam na syphilis, bo mieszkał w Paryżu, ale okazało się, że jego koniec był bardziej dramatyczny, bo zabiło go drzewo na Champs-Élysées i zmarł na uraz czaszki.
Po ciężkim piątku nie mieliśmy już najmniejszej motywacji do nauki. Świętowaliśmy z Niemcami na koncercie, gdzie jakaś młoda grupa grała rock`n rolle i Johny`ego Cash`a. Ale w poniedziałek podjęliśmy się jeszcze jednego egzaminu, farmakologii klinicznej. Szczerze mówiąc, zrobiliśmy to bardziej z ciekawości, nigdy wcześniej nie szliśmy na egzamin tak słabo przygotowani, no i nie mieliśmy nic do stracenia, skoro i tak już chodziliśmy na te zajęcia przez cały semestr. U Niemców farmakologia kliniczna jest ważnym przedmiotem, trwa cały rok i są dwa testy, po każdym semestrze. Nie tak jak u nas, tylko na zaliczenie.
No i poszło nam całkiem nieźle, ja miałam 21, a Marek 20 na 30pkt. Co najśmieszniejsze, żeby ten przedmiot zaliczyć, trzeba mieć minimum 50% punktów z dwóch testów razem, czyli 30 pkt po dwóch testach. Czyli wystarczy zdobyć nam jeszcze 10 w przyszłym semestrze. To doprawdy nie motywuje do nauki. Ale wniosek jest też taki, że polska nauka farmakologii jest znacznie solidniejsza niż niemiecka, bo my z nieodświeżonych wiadomości z zeszłego roku byliśmy w stanie napisać to lepiej niż niejeden Niemiec, który tez miał farmakologię i jeszcze się do obecnego egzaminu uczył.
A teraz mamy ferie.

niedziela, 14 lutego 2010

niedziela, 7 lutego 2010

urodzinowo

Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś - a więc musisz minąć.
Miniesz - a więc to jest piękne.

nic dwa razy w wersji Maanam

środa, 3 lutego 2010

interna part one

Trzeba było czekać ponad 3 tygodnie na wyniki egzaminu z nefrologii z endokrynologią. Wydawało mi się to niemożliwe, przecież to tylko test, 20 pytań, żadna głębsza filozofia, wrzuca się do maszyny i wyskakują oceny... Najpierw podobno jakaś pani odpowiedzialna za sprawdzanie się rozchorowała. A potem to już nie wiem, co oni z tymi testami robili. Podobno w Niemczech do 5 tygodni można egzamin sprawdzać.
Ale ostatecznie doczekaliśmy się. Okazało się, że na tle niemieckiej młodzieży wypadliśmy całkiem nieźle, bo przede wszystkim zdaliśmy, w przeciwieństwie do 1/3 studentów podchodzących do egzaminu. Maksymalnej liczby punktów nie miał nikt, 19/20 dwie osoby ze 130. Czyli nie było tak prosto.
Z tego co słyszeliśmy, to zupełnie inaczej sytuacja wygląda, gdy podchodzi się do egzaminów ustnych, czyli wg starszego systemu. Wtedy oceny są zdecydowanie lepsze. Ale dla nas niestety nie jest to możliwe, bo nie dalibyśmy rady zdać 6 egzaminów z interny w ciągu jednego roku (są na to przewidziane dwa lata).
Tak więc jesteśmy dumni. I myślimy sobie, że Ci Niemcy po polsku to by na pewno interny nie zdali;)

środa, 27 stycznia 2010

Curry Wurst


Dwa tygodnie temu miałem blokpraktykę z sądówki. Jedyna blokpraktyka która nie odbywa się na kampusie, tylko gdzieś dalej. Jakiś kilometr w jedną stronę. Na samochód za blisko (nie ma gdzie parkować), na piechotę za daleko, pozostaje rower. Nic tylko się cieszyć, miła przejażdżka między zajęciami. Miła w maju, miła we wrześniu czy nawet październiku, ale nie w styczniu. Rower, jak dane mi było empirycznie sprawdzić, całkowice nie sprawdza się podczas forsowania zasp, jazdy po śniegu czy zakręcania na lodzie (tutaj empiryzm trochę zabolał). Wracając do tematu przewodniego, drugiego dnia praktyki musiałem szybko obrócić na obiad. Po wcześniejszych doświadczeniach z reakcją jeans+asfalt nie jechałem zbyt szybko. W związku z tym czasu na jedzenie zostało niewiele. Kolejka do mensy była gigantyczna, więc ruszyłem do kafeterii na Offen Kartofell, niestety dziewczę przede mną wzięło ostatniego. Coż pozostało robić, rozejrzałem się dookoła i poszedłem za tłumem, kupiłem Curry Wurszt z Frytkami. Pierwsza czerowna lampka zapaliła się, kiedy kucharka psiknęła z 5 litrowej plastikowej butli curry sosem, druga kiedy posypała to wszystko przerażającą ilością curry przyprawy. Potem było już tylko gorzej. Frytki obtoczone były w jeszcze innej czerwonej curry przyprawie, a Wurszt nasączony curry aromatem. Sos miał smak kwasu octowego, obficie otaczał kiełbasę z wszystkich możliwych flank. Keczupem można było konserwować łańcuch w rowerze. Rozejrzałem się dookoła kolejny raz, Niemcy, ze smakiem, jedli Curry Wurszta. Dramatyzm sytuacji potęgował jeszcze fakt nadchodzącej sekcji. A podstawowa zasada brzmi, nie idź na sekcję głodny. Zjadłem tylko jedną kiełbasę i połowę frytek, a trauma pozostanie na zawsze.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

wspomnienia sylwestrowe










Dzięki uprzejmości Michała Kazanowskiego, nie tylko zdjęcia, ale i cała impreza. A do zdjęć przyłożyli się też liczni pomocnicy, z Krzysią - Amidalą na czele:)