Dwa tygodnie temu miałem blokpraktykę z sądówki. Jedyna blokpraktyka która nie odbywa się na kampusie, tylko gdzieś dalej. Jakiś kilometr w jedną stronę. Na samochód za blisko (nie ma gdzie parkować), na piechotę za daleko, pozostaje rower. Nic tylko się cieszyć, miła przejażdżka między zajęciami. Miła w maju, miła we wrześniu czy nawet październiku, ale nie w styczniu. Rower, jak dane mi było empirycznie sprawdzić, całkowice nie sprawdza się podczas forsowania zasp, jazdy po śniegu czy zakręcania na lodzie (tutaj empiryzm trochę zabolał). Wracając do tematu przewodniego, drugiego dnia praktyki musiałem szybko obrócić na obiad. Po wcześniejszych doświadczeniach z reakcją jeans+asfalt nie jechałem zbyt szybko. W związku z tym czasu na jedzenie zostało niewiele. Kolejka do mensy była gigantyczna, więc ruszyłem do kafeterii na Offen Kartofell, niestety dziewczę przede mną wzięło ostatniego. Coż pozostało robić, rozejrzałem się dookoła i poszedłem za tłumem, kupiłem Curry Wurszt z Frytkami. Pierwsza czerowna lampka zapaliła się, kiedy kucharka psiknęła z 5 litrowej plastikowej butli curry sosem, druga kiedy posypała to wszystko przerażającą ilością curry przyprawy. Potem było już tylko gorzej. Frytki obtoczone były w jeszcze innej czerwonej curry przyprawie, a Wurszt nasączony curry aromatem. Sos miał smak kwasu octowego, obficie otaczał kiełbasę z wszystkich możliwych flank. Keczupem można było konserwować łańcuch w rowerze. Rozejrzałem się dookoła kolejny raz, Niemcy, ze smakiem, jedli Curry Wurszta. Dramatyzm sytuacji potęgował jeszcze fakt nadchodzącej sekcji. A podstawowa zasada brzmi, nie idź na sekcję głodny. Zjadłem tylko jedną kiełbasę i połowę frytek, a trauma pozostanie na zawsze.
środa, 27 stycznia 2010
Curry Wurst
Dwa tygodnie temu miałem blokpraktykę z sądówki. Jedyna blokpraktyka która nie odbywa się na kampusie, tylko gdzieś dalej. Jakiś kilometr w jedną stronę. Na samochód za blisko (nie ma gdzie parkować), na piechotę za daleko, pozostaje rower. Nic tylko się cieszyć, miła przejażdżka między zajęciami. Miła w maju, miła we wrześniu czy nawet październiku, ale nie w styczniu. Rower, jak dane mi było empirycznie sprawdzić, całkowice nie sprawdza się podczas forsowania zasp, jazdy po śniegu czy zakręcania na lodzie (tutaj empiryzm trochę zabolał). Wracając do tematu przewodniego, drugiego dnia praktyki musiałem szybko obrócić na obiad. Po wcześniejszych doświadczeniach z reakcją jeans+asfalt nie jechałem zbyt szybko. W związku z tym czasu na jedzenie zostało niewiele. Kolejka do mensy była gigantyczna, więc ruszyłem do kafeterii na Offen Kartofell, niestety dziewczę przede mną wzięło ostatniego. Coż pozostało robić, rozejrzałem się dookoła i poszedłem za tłumem, kupiłem Curry Wurszt z Frytkami. Pierwsza czerowna lampka zapaliła się, kiedy kucharka psiknęła z 5 litrowej plastikowej butli curry sosem, druga kiedy posypała to wszystko przerażającą ilością curry przyprawy. Potem było już tylko gorzej. Frytki obtoczone były w jeszcze innej czerwonej curry przyprawie, a Wurszt nasączony curry aromatem. Sos miał smak kwasu octowego, obficie otaczał kiełbasę z wszystkich możliwych flank. Keczupem można było konserwować łańcuch w rowerze. Rozejrzałem się dookoła kolejny raz, Niemcy, ze smakiem, jedli Curry Wurszta. Dramatyzm sytuacji potęgował jeszcze fakt nadchodzącej sekcji. A podstawowa zasada brzmi, nie idź na sekcję głodny. Zjadłem tylko jedną kiełbasę i połowę frytek, a trauma pozostanie na zawsze.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Świetny tekst!
OdpowiedzUsuńA swoją drogą muszę stwierdzić z pozycji domowego kucharza, że z jednej strony miło jest wiedzieć iż wrażliwość na jakość potraw wyniosłeś głównie z domu. Z drugiej zaś strony trochę przeszywa mnie strach o ewentualnie nie dokońca przemyślanym menu jakie w codzienności, nawet w domu, zdarzyć się może.