niedziela, 11 października 2009

List do ludzkości z okazji pierwszego tygodnia pośród plemion północnogermańskich

Plemiona północnogermańskie charakteryzują się wysoce rozwiniętą infrastrukturą drogową. Osada Hanzatycka Lubeka, zawierająca w sobie 200 tysięcy dusz, dysponuje dwoma autostradami i tunelem pod morzem w cenie 1,20 euro za przejazd. Miasto jest pełne rozpędzonych do granic możliwości kolarzy, obdarzonych magicznym prawem pierwszeństwa przejazdu. Drogi dlacyklistów są proste i szerokie, zachodzą na nich typowe dla komunikacji zjawiska typu: sprint od świateł do świateł, wyprzedzanie na trzeciego oraz korki. Zwraca uwagę wysoka odporność jeźdźców na warunki atmosferyczne, natura tego fenomenu nie jest mi znana. Komunikacja zbiorowa stoi na, typowym dla plemion germańskich, wysokim poziomie. Niestety jej koszta wymagają zastawienia w lombardzie wszystkich dostępnych precjozów. Szczęśliwie rozgałęzione kontakty wewnątrz administracji tutejszego Uniwersytetu pozwoliły nam zdobyć magiczny „Studierendenausweis”. Te prostokątne, ozdobione naszymi zdjęciami, kawałki plastiku pozwalają nam znacznie obniżyć koszty transportu.

Centrum miasta pełne jest starych wież. Katedra ma wieże, szpital ma wieże (6 albo 7), kościół świętej Kasi, świętej Marysi, Ratusz, Holstentor. Panuje tutaj dziwne ograniczenie w prawie budowlanym, wszystkie wieże wybudowano z cegieł w latach 1100 – 1200. Od tamtej pory podjęto tylko jedną zorganizowaną próbę zmian w zabudowie. Odbyło się to nocą 28 marca 1942 z pomysłu sir Arthura Harrisa z użyciem licznych bombowców typu Halifax oraz Lancaster. Swoje, przysłowiowe, trzy grosze dołożył także 301 dywizjon bombowy ziemi pomorskiej. Osiągnięto połowiczny sukces: udało się zgruzować 1/5 starówki. Szpital z 12 wieku nie został trafiony. 301 stracił 4 halifaxy. Oczywiście wszystkie uszkodzenia zostały naprawione za pomocą cegieł. Data wyprodukowania tychże cegieł, nie jest mi znana.

Struktura etnicza Lubeki jest inna niż ta którą znamy z przekazywanych ustnie podań o miastach Germańskich. Zauważą się znaczne niedobory Turków Osmańskich. Uderza też praktycznie całkowity brak obywateli pochodzenia równikowego. Wygląd zewnętrzny tubylców jest spokojny i stonowany, zwraca uwagę różnorodność sprzętu stosowanego do jazdy rowerowej. Jednoślady różnego sortu i autoramentu, z przyczepami i koszami, bmx bez siodełek i młode matki holujące w przyczepach dzieci. To wszystko i wiele innych próbuje rozjechać nieuważnego wędrowca. Szczególnie niebezpieczni są panowie z prawą nogawką w skarpecie. Siły policyjne wykazują duże zainteresowanie cyklistami, brak oświetlenia wyceniono na 15 euro, przejazd na czerwonym 60 euro.

Lokum, w którym aktualnie rezydujemy, wybudowano rzecz jasna z cegieł (datowanie nie ustalone). Budynek wciśnięty jest między instytut bio-optyki (pracują codziennie do 20), organizację charytatywną Ronalda McDonalda (złapaliśmy raz ich darmowy internet!) oraz całkowicie zaskakującą hodowlę: królików, psów, kóz, kretów i muchomorów. Rezydentem stałym naszego domu jest Herr Hausmaister, okresowo w godzinach porannych nawiedza nas też Frau, której nazwiska zapomniałem, celem utrzymania czystości. Sprzątanie wraz z ręcznikami otrzymujemy w pakiecie raz w tygodniu.

Osobnego akapitu wymaga walka z wilgocią. Najobszerniejszy rozdział z regulaminu naszego pokoju dotyczy właśnie tegoż starcia. Nieznane mi przyczyny nakazały władzom pionu studiów międzynarodowych opisać wszystkie dostępne metody obniżania wilgotności powietrza. Część zacytuje: okno otwierać na krótko, ale szeroko, pokój ogrzewać, łóżek do ścian nie przysuwać, łazienkę zostawiać otwartą, stosować często elektryczną wentylację łazienki.

Musimy się również przyznać, że stosując sprzęt do produkcji kawy, łamiemy jeden z punktów regulaminu.

Należy jednak oddać honor gospodarzom, pomimo wąskich granic wolności nasze warunki bytowe określić można jako wysoko zadowalające. Wysoce zadowolony jest również nasz zagon koni mechanicznych, nigdy jeszcze nie wypasał się na odgrodzonym szlabanem pastwisku. Szlabanem który mogę unieść kolejnym magicznym plastikiem. Oczywiście wszystko dzięki koneksjom w administracji, tym razem instytutu bio-optyki.

Wszystko zakończy pogoda. Będąc nienawykły do morskiego klimatu dałem się całkowicie zwieść. Pierwszy weekend w Hanzatyckim dziedzictwie UNESCO spędziliśmy zwiedzając. Oglądaliśmy centrum, cegły, port rzeczny i morze, wszystko to w zimowych kurtkach, przygięci do ziemi wiatrem, z zachlapanym deszczem obiektywem i prawie całkowicie samotni. W poniedziałek wiatr umilkł, okazało się, że tutaj też mieszkają ludzie. Są natomiast bardziej doświadczeni od nas, jeśli w radio słyszą koło siebie Wind, Seesturm, stark to zwyczajnie nie wychodzą z domu.

3 komentarze:

  1. Dzisiaj widziałem jednego Kenijczyka

    OdpowiedzUsuń
  2. z zycia wziete:
    a regulaminow to tam jeszcze bedzie mnostwo (nie tylko tych dotyczacych wilgoci)... w slepo obiecuje :))))

    pozdrawiam
    marta

    OdpowiedzUsuń