czwartek, 15 października 2009

Wohnung

Nasze miejsce zamieszkania nie jest typowym akademikiem. Bezpośrednie tłumaczenie brzmiałoby raczej „Dom dla gości Uniwersytetu w Lubece” (Gaestehaus Universitaet zu Luebeck).

Goście pochodzą z różnych krajów (kontynentów). Mieszkańcy Malezji, Chin, Węgier, Rosji, Iranu, Polski. Niektórzy z żonami, mężami, dziećmi, niektórzy w pojedynkę. Niekoniecznie posługują się językiem niemieckim. Mają różne powody zamieszkiwania tego miejsca. Nie wszystkie są dla nas całkiem jasne.

Jedyne, co ich łączy, to fakt, że są tu zasadniczo przejściowo, na pół roku, rok. I tylko my wydajemy się wyjątkiem od tej zasady (dzięki wsparciu Auslandsamt, naszej nieocenionej Frau Malin, która zresztą też nie jest Niemką, a raczej pochodzi ze Skandynawii).

Nasze przypadkowe spotkania zazwyczaj zdarzają się w kuchni, gdzie każdy trafia przynajmniej parę razy dziennie. Wychodzą tu na jaw nie tylko różnice w sposobie przyrządzania potraw (możliwe pomimo tego, że większość robi zakupy w pobliskim Aldi – Lidu, które mają ograniczony zasób produktów), ale także użycie różnych sprzętów kuchennych (np. specjalny przyrząd do gotowania ryżu z uroczym wzorkiem w różowe kwiatki, wok) czy też inne podejście do czystości…

Początkowo naszymi sąsiadami zza ściany była malezyjska para z 3-letnim dzieckiem. Wbrew pozorom nie było to uciążliwe (co doceniliśmy po czasie). Czasem tylko robiło mi się smutno, kiedy dziecko płakało, bo brzmiało to dość dramatycznie, jak każdy płacz dziecka, pełen wyrzutu. Ale kiedy dziecko się śmiało, ta radość też się trochę udzielała sąsiadom. Malezyjska mama wydawała się osobą zaradną i uparcie dążącą do celu, co pozostaje w sprzeczności z przesądami, że kobiety w chustce na głowie są spolegliwe i siedzą tylko w domu (ona nosiła tę chustkę bezproblemowo i całkowicie naturalnie). Ze względu na jej stypendium w Niemczech mąż zrezygnował ze swojej pracy w Malezji i przyjechali tutaj całą rodziną. Zajmowała się badaniami scyntygraficznymi. Chyba najbardziej w Lubece przeszkadzała jej pogoda – wiatr, deszcz i zimno.
Kiedyś skomentowała nasze próby gotowania: „Wasze (europejskie) jedzenie jest takie proste do przyrządzenia w porównaniu do naszego. My musimy się tak napracować, żeby coś zrobić. Ale i tak wolimy swoje.” Niestety nie znam jej dalszych losów, bo po paru dniach znajomości zmieniła miejsce zamieszkania.

Jej miejsce zajęli Chińczycy.

Podstawową wiedzą, jaką zaczerpnęłam na festiwalu z nowohoryzontowych filmów produkcji koreańskiej lub chińskiej, jest fakt, że nigdy nie zrozumiem Chińczyków. I to się potwierdza. Nie chodzi tylko o słowa, które składają się na język, ale także o ton (kiedy pewnego ranka obudziła mnie chińska rozmowa na korytarzu, myślałam, że gdzieś się pali i trwa ewakuacja), gestykulację, mimikę, sposób prowadzenia rozmowy. Nasi sąsiedzi mają w zwyczaju otwierać drzwi na korytarz i prowadzić 3-pokojowe konwersacje. W końcu i tak nikt ich nie zrozumie, za to wszyscy słyszą. Lubią też biegać z laptopami między pokojami.

Sposób przyrządzania potraw również bywa pełen napięcia. Najpierw rozgrzewają wielką patelnię do granic możliwości materiału, a potem jednym zwinnym ruchem dokonuje się zrzucenie – kapusty, mięsa, groszku, zależnie od dania – przy asyście syczenia, zadymienia całej kuchni i ku ogólnej radości Chińczyków (bo jedna Chinka obsługuje patelnię, druga kroi, a Chińczyk patrzy). Oczywiście wszystko na bieżąco z pasją komentowane. Potem nakładają wszystko do małych miseczek i każdy nabiera trochę patyczkami lub łyżeczką. Wszystko drobno pokrojone. I patrzą pogardliwie na nasze śmieszne kanapki z chlebem i szynką.

Marek stwierdził ostatnio, że jak Chińczycy opanują świat razem ze swoją kuchnią, to będzie nasz koniec.

Zdecydowanie bardziej zrozumiała i bliższa sercu wydaje się Rosjanka w swoim dresie z poduszeczkami na ramionach. Cicha, skromna, pracuje w instytucie matematyki. Wie, co to jest barszcz i pierogi. Nie burzy naszych wygodnych stereotypów, prezentując wersję łagodną rosyjskiej duszy.

A najlepiej porozumiewamy się z Węgierką. Może dlatego, że Węgrzy są świadomi, że w swoim języku niewiele zdziałają za granicą i mają motywację do nauki. Może dlatego, że ma podobne problemy z Wydziałem Lekarskim, jak my. A może dlatego, że Polak i Węgier – dwa bratanki (podobno istnieje wersja węgierska tego powiedzenia).

Nie należy jednak w Niemczech zapomnieć o Niemcach, którzy – wprawdzie nieliczni, ale silni władzą – nieustannie kontrolują sytuację i heroicznie porządkują nasz świat. Od łazienki po kuchnię. Pani Frau, zawsze uśmiechnięta blondynka w gumowych rękawicach, niepozorna, a jednak kierująca biegiem planet i ręczników, dostarczarczycielka czystej pościeli i poczty. A także ezoteryczny i wszechwładny Hausmeister, pojawiający się w gabinecie z niemiecką flagą, u którego mieliśmy jak dotąd jedną audiencję w sprawie miejsca dla rowerów. Okazał dużo wyrozumiałości, pozwalając nam trzymać rowery w piwnicy ("aber ausnahmeweise").

I tak toczy się życie w Gaestehaus, popychane codziennie o 9.00 rytualną kawą Pani Frau z Hausmeisterem, bez której nasz dom i całe Niemcy musiałyby natychmiast zniknąć z powierzchni ziemi. Ordnung muss sein.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz