sobota, 24 października 2009

Lost in intubation

Moja przygoda z niemiecką anestezjologią zaczęła się w sposób niespodziewany i dość przypadkowy. Według szybko zmieniających się planów (bo sytuacja Erasmusowca jest dość dynamiczna, w zależności od pojawiająco się - znikających miejsc na kursach), miałam zacząć od czegoś zupełnie innego (psychiatrii), ale tuż przed rozpoczęciem zajęć przybiegł do mnie mój niemiecki Anioł Stróż (Simone) z informacją, że pojawiło się wolne miejsce, po czym w ciągu pięciu minut musiałam szybko podjąć decyzję, co chcę robić przez najbliższe dwa tygodnie... Nie pamiętam już dokładnie, co przeważyło na korzyść anestezjologii, ale chyba dobrze się stało. Według zasady, że dobry Niemiec, to śpiący Niemiec (a już na pewno łatwiejszy w kontakcie niż chory psychicznie Niemiec).
Muszę przyznać, że zajęcia są naprawdę dobrze prowadzone. Przemyślane, nastawione na praktyczne umiejętności. Urocze było, jak uczyliśmy się zakładania dostępu dotętniczego na silikonowych rurkach imitujących naczynia. Albo jak prowadzący specjalnie przyprowadził na zajęcia z terapii bólu aktorkę, która odgrywała rolę pacjentki z bólami nowotworowymi. Chlubą katedry anestezjologii jest też LARS, czyli specjalny fantom do nauki prowadzenia narkozy. Fantom mruga oczami, oddycha, jest podłączony do EKG, pulsoksymetru, aparatu do mierzenia ciśnienia, a wyświetlane parametry zmieniają się w zależności od podawanych leków (drogą dożylną, bo ma założony wenflon). Można go też cewnikować, intubować i rozmawiać(!) z nim (w sali są głośniki, przez które odpowiada pan z sali obok...).
Na początku każdego seminarium dostaje się kartki z wydrukowanymi slajdami z miejscem na notatki (nie mówiąc o tym, że wszystkie wykłady są na bieżąco nagrywane razem z głosem prowadzącego i dostępne w sieci). Panuje tu także trend wypytywania studentów na końcu zajęć, co im się podobało i czy przyda im się to, czego się nauczyli.
Jeśli ktoś ma zapał do nauki, to ma wiele możliwości na zdobycie wiedzy (fakultety, jeżdżenie w karetce itd.). Ale nikt tu tak dokładnie nie kontroluje na bieżąco stanu naszych umiejętności, student jest bardziej samodzielny niż w Polsce. Sam musi zadawać pytania, a przede wszystkim odnaleźć swojego prowadzącego (dzwoniąc na jego pager z któregokolwiek magicznego telefonu na campusie, wtedy lekarz ma OBOWIĄZEK oddzwonić na dany telefon). Bo część zajęć polega na asystowaniu anestezjologowi przy pracy, nie w grupie, tylko pojedynczo. Bardzo mi się podoba ten układ uczeń - nauczyciel, chociaż nie można się w razie potrzeby schować za plecami kolegi z grupy. Ale póki co, mam dobre doświadczenia odnośnie tej formy zajęć.
Podsumowaniem moich rozważań niech będzie fakt, że jak zapytałam profesora o zagadnienia do egzaminu, to poradził mi, żebym przerobiła stare testy:)

2 komentarze: