środa, 16 czerwca 2010

zgodnie z prośbą. Nordsee.








Wyprawa erazmusowa, polsko-węgiersko-estońska, nissanowo-patrolowa. Zdobyliśmy St.Peter Ording, czyli uczyniliśmy desant nad drugie morze, Morze Północne. Więcej zdjęć na albumie Picasssa.

wtorek, 1 czerwca 2010

niedziela, 30 maja 2010

wizytacja Młodej Pary









Oczywiście trafili na sztorm i wiatr.

sobota, 22 maja 2010

strange

Szeroko rozumianymi „ostatnimi czasy” działo się strasznie dużo dziwnych rzeczy. Ich niezwykłość polegała przede wszystkim na wywoływanej przez nie intensywności emocjonalnej. Brzmi to może mętnie, ale trudno inaczej określić tak szerokie spektrum, od wydarzeń wybitnie negatywnych (katastrofa prezydenckiego samolotu), poprzez niezrozumiałe zjawiska ekologiczne (wybuch wulkanu, wyciek ropy, powódź), po bardzo pozytywne, ale jakże nowe (ślub siostry). Przez parę dni, podczas których takie informacje wyjątkowo się spiętrzyły, chodziłam po uczelni z przeczuciem, że chyba zaraz świat się skończy, a ci biedni Niemcy nic o tym nie wiedzą.*
I tu dochodzimy do sedna programu, a mianowicie mojej nowej perspektywy erazmusowej (nie mam zamiaru bowiem komentować wyżej wymienionych wydarzeń, to ponad moje siły i zdolności).
Otóż do intensywności emocji wywołanej tego typu informacjami dochodzi uczucie dystansu, oddalenia, trochę bezradności w związku z faktem, że jest się za granicą. To dość śmieszne, bo ani się samolotu nie cofnie, ani wulkanu nie zatka, ale chciałoby się być w takich momentach w Polsce, wiedzieć, co się tam dzieje. Paradoksalnie, dzięki Internetowi byliśmy czasem nawet poinformowani szybciej niż rodzina w Polsce, ale były to informacje oficjalne, tudzież subiektywne opinie dziennikarzy. A dobrze jest wiedzieć, co mówią ludzie na uczelni, w domu, co myślą znajomi, jakoś to wszystko razem „przetrawić”.
Dziwne uczucie bycia poza biegiem zdarzeń związane jest zapewne z tym, że społeczność w krytycznych momentach gromadzi się. Gdybyśmy byli na miejscu, to na pewno wiele rzeczy by nam się nie podobało w reakcjach ludzi (nawet czytając informacje w Internecie, wiele rzeczy mi się nie podobało). Tylko, że będąc poza krajem, jakoś nie wypada krytykować (chyba, że jest się Witoldem Gombrowiczem i pisze się dziennik). I jakoś tak dziwnie, bo nie wiadomo, jak się wśród Niemców z tą swoja polskością zachować.
I jak im to opowiedzieć. Bo jest taka potrzeba, żeby mówić, sami zresztą też pytają. Miałam takie frustrujące spotkanie tuż po katastrofie samolotu prezydenckiego w kuchni rano z sąsiadem Austriakiem. Zapytał „wie geht`s”, no i mnie zatkało. Próbowałam mu opowiedzieć, ale po pierwsze nie wiedziałam, jakich po niemiecku użyć słów, poza tym to wszystko brzmiało tak groteskowo. A oprócz bariery językowej jest też świadomość, że on i tak nie jest w stanie do końca zrozumieć, co się teraz dzieje w Polsce, bo nie wie, jacy są Polacy, a ja mu tego nie umiem wytłumaczyć.** Więc w późniejszych rozmowach zazwyczaj kończyło się na potwierdzeniu faktu katastrofy i przyznaniu, że tak, to wielka szkoda.
(w kwestii języka interesujące było, że pierwsza wzmianka w Der Spiegel mówiła o „Unglueck”, dopiero po paru dniach pojawiło się „Katastrophe”)
Różnica kultur pojawiła się chyba najwyraźniej w rozmowie z sąsiadem z Iranu (Amir, bardzo specyficzny biolog molekularny, przez pierwszy tydzień pobytu w Niemczech odreagowywał zakaz picia alkoholu w Iranie i cały czas chodził pijany).
- So, how is your president?
- He`s dead.
- Oh, really. So what are you going to do now in Poland?
- Well, we are going to have a new one.
- And you will forget the dead one?
- No, we won`t.
- Oh, ok.

Potem chyba poczuł się z ta rozmową nieswojo i tłumaczył mi, że Tu-154 to bardzo złe samoloty i on nigdy nimi nie lata.
A na Chińczykach duże wrażenie zrobił fakt, że Obama miał przylecieć na pogrzeb.

*dygresja z dedykacja dla Pauli – niczym Obelix: jacy głupi ci Rzymianie!
**kolejna dygresja z dedykacją dla Pauli – mistrz Zanussi wszystko już opowiedział w swoich filmach, tutaj nasuwa się słynna scena z „Roku Spokojnego Słońca”, kiedy to (bo jakżeby inaczej) Maja K. mówi do Amerykanina „I dumb, you dumb”...

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

RE-HA

Po długiej przerwie blogasek wraca z multimedialnym uderzeniem.

Zeszłego czwartku postanowiliśmy zaliczyć Rehabilitację. Krótka wyprawa do kierownictwa Kliniki Medycyny Socjalnej (K.M.S) zakończona została pełnym sukcesem. W poniedziałek mieliśmy się stawić w oddalonej o 50 km od Lubeki klinice medycyny psychosomatycznej. Moje pierwsze pytanie do Oli zabrzmiało: "Co to jest medycyna psychosomatyczna?". Nie wiedziała. Google maps zlokalizowało nasz cel w malutkiej otoczonej jeziorami i lasami miejscowości Malente. Pachniało mi to horrorem, ośrodek zamknięty daleko od miasta. Kusiło mnie, żeby pod bluzką przemycić nóż. Ostatecznie się powstrzymałem. Zatankowałem Patrola i ruszyliśmy. Rzeczywistość miała nas całkowicie zaskoczyć.

Epizod I

Epizod II



PS.
Szkoda, że zalałem tylko za 20 euro, bo okazało się, że po okazaniu paragonu klinika zwraca pieniądze za przejazd.

środa, 24 lutego 2010

posesyjnie

Udało nam się zaliczyć pierwszą niemiecką sesję.
O internie już pisałam. Była pierwsza i, jak się okazało, najtrudniejsza. I wciąż na nas czyhają kolejne części.
Druga była chirurgia, też tylko część pierwsza (z dwóch), (bo Niemcy lubią tak sobie dawkować egzaminy po troszeczkę). Egzamin był dość zabawny, bo po wejściu na salę okazało się, ze jest za mało testów dla zdających. My, z polskiej szkoły, szybciutko po wejściu zajęliśmy sobie miejsca z kartkami, ale Niemcy przyzwyczajeni do luksusów, za długo się decydowali, błąkali po sali, no i zostali na lodzie. A wszystko wynikało z faktu, że nie trzeba było się zapisywać na ten egzamin, tylko po prostu przyjść. I kiedy zmieszani pilnujący (dodajmy, dwójka ludzi na 150 piszących studentów) stwierdzili brak testów, dostali gromkie brawa i wiwaty. Po czym musieliśmy czekać jakieś 15 minut aż doniosą brakującą ilość, a w międzyczasie wszyscy zdążyli skonsultować pierwszą stronę testu.
I to nie jest tak, jak myślałam, że Niemcy nie ściągają. Otóż ściągają nawet gorzej niż Polacy i to w dodatku mało umiejętnie. Dla ułatwienia na chirurgii wszyscy mieli ten sam test. Jeśli chodzi o jego zawartość merytoryczną, to był o tyle przyjazny, że pytania bezpośrednio wynikały z treści wykładów. Wystarczyło je dość sumiennie przerobić. Ale i tak czterem osobom udało się nie zdać. Wyniki po paru godzinach były w Internecie. Tylko oczywiście mojego numeru indeksu tam nie było. Odezwał się odwieczny strach, że ktoś zgubił mój test w tym całym zamieszaniu (Paula mnie tym straszy od gimnazjum), ale po paru telefonach szczęśliwie udało się wyjaśnić pomyłkę.
Po wtorkowej chirurgii mieliśmy czas do piątku powtórzyć sobie ginekologię i anestezjologię, które pisaliśmy w ciągu jednego dnia… Nie wiem, dlaczego tak ustalono, wydaje mi się to trochę nieludzkie, jeden egzamin na dzień wystarcza całkowicie. Wyszliśmy z założenia, że skoro są tak naraz, to nie mogą być trudne. I znowu wykłady wystarczyły. Byłam z siebie dumna na ginekologii, bo koleżanka Niemka zapytała w trakcie egzaminu o parę moich odpowiedzi, będąc świadomą, że jestem Erasmuską, co oznacza, że ceni sobie nasze umiejętności. A na anestezjologii test był dość nietypowy, bo odpowiedzi do pytań były typu prawda/fałsz (25 pytań z czteroma odpowiedziami, razem 100 punktów do zdobycia). Była również nagroda książkowa dla osób, które zdobędą minimum 90pkt i poprawnie odpowiedzą na pytanie historyczne o przyczynę śmierci jakiegoś węgiersko – austriackiego poety. Osobiście postawiłam na syphilis, bo mieszkał w Paryżu, ale okazało się, że jego koniec był bardziej dramatyczny, bo zabiło go drzewo na Champs-Élysées i zmarł na uraz czaszki.
Po ciężkim piątku nie mieliśmy już najmniejszej motywacji do nauki. Świętowaliśmy z Niemcami na koncercie, gdzie jakaś młoda grupa grała rock`n rolle i Johny`ego Cash`a. Ale w poniedziałek podjęliśmy się jeszcze jednego egzaminu, farmakologii klinicznej. Szczerze mówiąc, zrobiliśmy to bardziej z ciekawości, nigdy wcześniej nie szliśmy na egzamin tak słabo przygotowani, no i nie mieliśmy nic do stracenia, skoro i tak już chodziliśmy na te zajęcia przez cały semestr. U Niemców farmakologia kliniczna jest ważnym przedmiotem, trwa cały rok i są dwa testy, po każdym semestrze. Nie tak jak u nas, tylko na zaliczenie.
No i poszło nam całkiem nieźle, ja miałam 21, a Marek 20 na 30pkt. Co najśmieszniejsze, żeby ten przedmiot zaliczyć, trzeba mieć minimum 50% punktów z dwóch testów razem, czyli 30 pkt po dwóch testach. Czyli wystarczy zdobyć nam jeszcze 10 w przyszłym semestrze. To doprawdy nie motywuje do nauki. Ale wniosek jest też taki, że polska nauka farmakologii jest znacznie solidniejsza niż niemiecka, bo my z nieodświeżonych wiadomości z zeszłego roku byliśmy w stanie napisać to lepiej niż niejeden Niemiec, który tez miał farmakologię i jeszcze się do obecnego egzaminu uczył.
A teraz mamy ferie.