Ciężko było podjąć decyzję, w końcu Lubeka to miasto noblistów i marcepanu. W samym centrum starówki jest sklep z marcepanami (i innymi słodyczami) wszelkiego rodzaju. Od marcepanowych chlebków, świnek, przez klasyczne w czekoladzie, po marcepany malinowe z chili... Rodzina może się spodziewać na święta:) My zaczęliśmy skromnie, cztery klasyczne słodycze na załączonym obrazku.
piątek, 30 października 2009
poniedziałek, 26 października 2009
niedziela, 25 października 2009
sobota, 24 października 2009
Lost in intubation
Moja przygoda z niemiecką anestezjologią zaczęła się w sposób niespodziewany i dość przypadkowy. Według szybko zmieniających się planów (bo sytuacja Erasmusowca jest dość dynamiczna, w zależności od pojawiająco się - znikających miejsc na kursach), miałam zacząć od czegoś zupełnie innego (psychiatrii), ale tuż przed rozpoczęciem zajęć przybiegł do mnie mój niemiecki Anioł Stróż (Simone) z informacją, że pojawiło się wolne miejsce, po czym w ciągu pięciu minut musiałam szybko podjąć decyzję, co chcę robić przez najbliższe dwa tygodnie... Nie pamiętam już dokładnie, co przeważyło na korzyść anestezjologii, ale chyba dobrze się stało. Według zasady, że dobry Niemiec, to śpiący Niemiec (a już na pewno łatwiejszy w kontakcie niż chory psychicznie Niemiec).
Muszę przyznać, że zajęcia są naprawdę dobrze prowadzone. Przemyślane, nastawione na praktyczne umiejętności. Urocze było, jak uczyliśmy się zakładania dostępu dotętniczego na silikonowych rurkach imitujących naczynia. Albo jak prowadzący specjalnie przyprowadził na zajęcia z terapii bólu aktorkę, która odgrywała rolę pacjentki z bólami nowotworowymi. Chlubą katedry anestezjologii jest też LARS, czyli specjalny fantom do nauki prowadzenia narkozy. Fantom mruga oczami, oddycha, jest podłączony do EKG, pulsoksymetru, aparatu do mierzenia ciśnienia, a wyświetlane parametry zmieniają się w zależności od podawanych leków (drogą dożylną, bo ma założony wenflon). Można go też cewnikować, intubować i rozmawiać(!) z nim (w sali są głośniki, przez które odpowiada pan z sali obok...).
Na początku każdego seminarium dostaje się kartki z wydrukowanymi slajdami z miejscem na notatki (nie mówiąc o tym, że wszystkie wykłady są na bieżąco nagrywane razem z głosem prowadzącego i dostępne w sieci). Panuje tu także trend wypytywania studentów na końcu zajęć, co im się podobało i czy przyda im się to, czego się nauczyli.
Jeśli ktoś ma zapał do nauki, to ma wiele możliwości na zdobycie wiedzy (fakultety, jeżdżenie w karetce itd.). Ale nikt tu tak dokładnie nie kontroluje na bieżąco stanu naszych umiejętności, student jest bardziej samodzielny niż w Polsce. Sam musi zadawać pytania, a przede wszystkim odnaleźć swojego prowadzącego (dzwoniąc na jego pager z któregokolwiek magicznego telefonu na campusie, wtedy lekarz ma OBOWIĄZEK oddzwonić na dany telefon). Bo część zajęć polega na asystowaniu anestezjologowi przy pracy, nie w grupie, tylko pojedynczo. Bardzo mi się podoba ten układ uczeń - nauczyciel, chociaż nie można się w razie potrzeby schować za plecami kolegi z grupy. Ale póki co, mam dobre doświadczenia odnośnie tej formy zajęć.
Podsumowaniem moich rozważań niech będzie fakt, że jak zapytałam profesora o zagadnienia do egzaminu, to poradził mi, żebym przerobiła stare testy:)
Muszę przyznać, że zajęcia są naprawdę dobrze prowadzone. Przemyślane, nastawione na praktyczne umiejętności. Urocze było, jak uczyliśmy się zakładania dostępu dotętniczego na silikonowych rurkach imitujących naczynia. Albo jak prowadzący specjalnie przyprowadził na zajęcia z terapii bólu aktorkę, która odgrywała rolę pacjentki z bólami nowotworowymi. Chlubą katedry anestezjologii jest też LARS, czyli specjalny fantom do nauki prowadzenia narkozy. Fantom mruga oczami, oddycha, jest podłączony do EKG, pulsoksymetru, aparatu do mierzenia ciśnienia, a wyświetlane parametry zmieniają się w zależności od podawanych leków (drogą dożylną, bo ma założony wenflon). Można go też cewnikować, intubować i rozmawiać(!) z nim (w sali są głośniki, przez które odpowiada pan z sali obok...).
Na początku każdego seminarium dostaje się kartki z wydrukowanymi slajdami z miejscem na notatki (nie mówiąc o tym, że wszystkie wykłady są na bieżąco nagrywane razem z głosem prowadzącego i dostępne w sieci). Panuje tu także trend wypytywania studentów na końcu zajęć, co im się podobało i czy przyda im się to, czego się nauczyli.
Jeśli ktoś ma zapał do nauki, to ma wiele możliwości na zdobycie wiedzy (fakultety, jeżdżenie w karetce itd.). Ale nikt tu tak dokładnie nie kontroluje na bieżąco stanu naszych umiejętności, student jest bardziej samodzielny niż w Polsce. Sam musi zadawać pytania, a przede wszystkim odnaleźć swojego prowadzącego (dzwoniąc na jego pager z któregokolwiek magicznego telefonu na campusie, wtedy lekarz ma OBOWIĄZEK oddzwonić na dany telefon). Bo część zajęć polega na asystowaniu anestezjologowi przy pracy, nie w grupie, tylko pojedynczo. Bardzo mi się podoba ten układ uczeń - nauczyciel, chociaż nie można się w razie potrzeby schować za plecami kolegi z grupy. Ale póki co, mam dobre doświadczenia odnośnie tej formy zajęć.
Podsumowaniem moich rozważań niech będzie fakt, że jak zapytałam profesora o zagadnienia do egzaminu, to poradził mi, żebym przerobiła stare testy:)
piątek, 23 października 2009
Wnioski, spostrzeżenia, meandry
Najpierw wielokrotnie ścinaliśmy się z panią dziekanatową kierowniczką i panem dziekanowym informatykiem. Wszystko zajęło prawie tydzień. Potem dotarliśmy do uroczej młodej lekarki, koordynatorki chirurgii, która w pięć i pół sekundy znalazła mi miejsce. Tak oto wylądowałem w Chirurgische Ambulanz. Jeden lekarz, jedna stażystka (czyli PiJotlerin), jedna erasmuska (z Łotwy) i ja. W pierwszy dzień dowiedziałem się też, ilu chirurgów plastyków (2), ile pielęgniarek (2), ilu anestezjologów (1) i ile ręcznych piłek obrotowych (3) potrzeba do zdjęcia obrączki z rannej ręki. Cała operacja trwała 40 minut. Najpierw próbowali bez znieczulenia, potem w miejscowym, potem przyszedł anestezjolog. Biorąc pod uwagę stawki kosztowało to pewnie z 500 PLN. Przez pierwsze trzy dni pełniłem też funkcję wysoce wykwalfikowanego personelu. Pacjentka, Polka, nie chciała się operować, mówiła tylko po polsku. Z tego co wiem, mimo moich wysiłków jako tłumacza, nie dała się przekonać. Poza tym bardzo spodobało mi się wysyłanie krwi do laboratorium. Wiesza się probówki w stalowej skrzynce, kładzie się ją na tory, wpisuje adres i wysyła torowiskiem schowanym między ścianami. Jakimś przypadkiem kilkadziesiąt minut później wyniki są w komputerze. Komputery są liczne, z jeszcze liczniejszymi monitorami, ale problemy są typowe. A to nie ma hasła, a to zginął skrót od programu ze zdjęciami. Lekarze w Ambulanzie rotują, więc codziennie spotyka mnie niespodzianka. Najciekawiej jest, jak nikt nie przychodzi, wtedy naleczamy pacjentów sami, z Pijotlerką. W sumie to więcej w tym interny niż chirurgii. Czasami, kiedy nie ma pacjentów, zszywam ranną gąbkę, nitek jest dużo. Często biegamy po różnych oddziałach na konsultacje. Dystanse są borowskie, ale korytarze węższe.
Z rzeczy ważnych:
Mamy przerwę obiadową, a w Zentral Klinikum jest wypasiona stołówka.
W szpitalnej kuchni jest automat z b.dobra kawą za 40 eurocentów.
Najtańszy weizen dunkel kosztuje 35 eurocentów.
Internet oscyluje między 4 a 8 Mbit w obie strony.
Na uczelnie mamy 4 minuty piechotą.
Biorąc pod uwagę nasze przesunięcie na północ, dzień będzie tutaj jeszcze krótszy.
Z rzeczy ważnych:
Mamy przerwę obiadową, a w Zentral Klinikum jest wypasiona stołówka.
W szpitalnej kuchni jest automat z b.dobra kawą za 40 eurocentów.
Najtańszy weizen dunkel kosztuje 35 eurocentów.
Internet oscyluje między 4 a 8 Mbit w obie strony.
Na uczelnie mamy 4 minuty piechotą.
Biorąc pod uwagę nasze przesunięcie na północ, dzień będzie tutaj jeszcze krótszy.
poniedziałek, 19 października 2009
Ostatni dzień 5 - miesięcznych wakacji
Aby świętować zakończenie naszych (do tej pory) najdłuższych wakacji w życiu, jak również celem uszczęśliwienia Patrola, wybraliśmy się niedzielną porą nad Ostsee. Na miejscu przeważały starsze niemieckie pary, ewentualnie dokarmiające lokalne ptactwo. Jedynymi obcokrajowacami, jakich udało nam się spotkać, byli nasi ulubieni Chińczycy z Gaestehausu... Ale i tak było fajnie. Miłe uczucie, pomieszkać rok nad morzem. Wywiewa z głowy zbędne smutki. I jest dużo przestrzeni, która daje (złudną) nadzieję, że jakby co, zawsze można uciec w świat...
piątek, 16 października 2009
Wewnątrz i na zewnątrz St.Petri
Do kościoła St.Petri trafiliśmy po raz pierwszy w poniedziałek, na uroczyste rozpoczęcie tygodnia dla studentów pierwszego roku - tzw. Ersties (nas nie chcieli tak ładnie witać, więc sami się wprosiliśmy na cudzą uroczystość, niestety koszulek i gadżetów już dla nas nie starczyło). Urocze, bo zamiast o nauce była raczej mowa o tym, żeby w czasie studiów chodzić do kina, teatru, brać udział w życiu uczelni (chór, orkiestra, duszpasterstwo, sport - wszystkie organizacje prezentowały się po kolei, nawet pani prezydent miasta witała nowych studentów).
Sam kościół nie pełni już funkcji kościoła, a raczej uroczystej sali uniwersyteckiej. Po uroczystości chcieliśmy od razu iść na wieżę widokową budynku, ale tego dnia niestety strasznie padało, więc zrezygnowaliśmy z naszych planów.
Jednakże Marek, jako mieszkaniec okolic górskich, ma silną potrzebę oceny terenu z wysokości. Twierdzi, że w mieście bez wzniesień się gubi. Moim zdaniem ma też podświadomą potrzebę porównywania wszystkiego z ukochaną wieżą kościoła bielawskiego. Wybraliśmy się więc następnego dnia z nowo poznanym kolegą z Węgier - Tomim, na wieżę widokową kościoła St.Petri. Tym razem pogoda dopisała i było pięknie. Mam nadzieję, że zdjęcia są tego dowodem.
czwartek, 15 października 2009
Wohnung
Nasze miejsce zamieszkania nie jest typowym akademikiem. Bezpośrednie tłumaczenie brzmiałoby raczej „Dom dla gości Uniwersytetu w Lubece” (Gaestehaus Universitaet zu Luebeck).
Goście pochodzą z różnych krajów (kontynentów). Mieszkańcy Malezji, Chin, Węgier, Rosji, Iranu, Polski. Niektórzy z żonami, mężami, dziećmi, niektórzy w pojedynkę. Niekoniecznie posługują się językiem niemieckim. Mają różne powody zamieszkiwania tego miejsca. Nie wszystkie są dla nas całkiem jasne.
Jedyne, co ich łączy, to fakt, że są tu zasadniczo przejściowo, na pół roku, rok. I tylko my wydajemy się wyjątkiem od tej zasady (dzięki wsparciu Auslandsamt, naszej nieocenionej Frau Malin, która zresztą też nie jest Niemką, a raczej pochodzi ze Skandynawii).
Nasze przypadkowe spotkania zazwyczaj zdarzają się w kuchni, gdzie każdy trafia przynajmniej parę razy dziennie. Wychodzą tu na jaw nie tylko różnice w sposobie przyrządzania potraw (możliwe pomimo tego, że większość robi zakupy w pobliskim Aldi – Lidu, które mają ograniczony zasób produktów), ale także użycie różnych sprzętów kuchennych (np. specjalny przyrząd do gotowania ryżu z uroczym wzorkiem w różowe kwiatki, wok) czy też inne podejście do czystości…
Początkowo naszymi sąsiadami zza ściany była malezyjska para z 3-letnim dzieckiem. Wbrew pozorom nie było to uciążliwe (co doceniliśmy po czasie). Czasem tylko robiło mi się smutno, kiedy dziecko płakało, bo brzmiało to dość dramatycznie, jak każdy płacz dziecka, pełen wyrzutu. Ale kiedy dziecko się śmiało, ta radość też się trochę udzielała sąsiadom. Malezyjska mama wydawała się osobą zaradną i uparcie dążącą do celu, co pozostaje w sprzeczności z przesądami, że kobiety w chustce na głowie są spolegliwe i siedzą tylko w domu (ona nosiła tę chustkę bezproblemowo i całkowicie naturalnie). Ze względu na jej stypendium w Niemczech mąż zrezygnował ze swojej pracy w Malezji i przyjechali tutaj całą rodziną. Zajmowała się badaniami scyntygraficznymi. Chyba najbardziej w Lubece przeszkadzała jej pogoda – wiatr, deszcz i zimno.
Kiedyś skomentowała nasze próby gotowania: „Wasze (europejskie) jedzenie jest takie proste do przyrządzenia w porównaniu do naszego. My musimy się tak napracować, żeby coś zrobić. Ale i tak wolimy swoje.” Niestety nie znam jej dalszych losów, bo po paru dniach znajomości zmieniła miejsce zamieszkania.
Jej miejsce zajęli Chińczycy.
Podstawową wiedzą, jaką zaczerpnęłam na festiwalu z nowohoryzontowych filmów produkcji koreańskiej lub chińskiej, jest fakt, że nigdy nie zrozumiem Chińczyków. I to się potwierdza. Nie chodzi tylko o słowa, które składają się na język, ale także o ton (kiedy pewnego ranka obudziła mnie chińska rozmowa na korytarzu, myślałam, że gdzieś się pali i trwa ewakuacja), gestykulację, mimikę, sposób prowadzenia rozmowy. Nasi sąsiedzi mają w zwyczaju otwierać drzwi na korytarz i prowadzić 3-pokojowe konwersacje. W końcu i tak nikt ich nie zrozumie, za to wszyscy słyszą. Lubią też biegać z laptopami między pokojami.
Sposób przyrządzania potraw również bywa pełen napięcia. Najpierw rozgrzewają wielką patelnię do granic możliwości materiału, a potem jednym zwinnym ruchem dokonuje się zrzucenie – kapusty, mięsa, groszku, zależnie od dania – przy asyście syczenia, zadymienia całej kuchni i ku ogólnej radości Chińczyków (bo jedna Chinka obsługuje patelnię, druga kroi, a Chińczyk patrzy). Oczywiście wszystko na bieżąco z pasją komentowane. Potem nakładają wszystko do małych miseczek i każdy nabiera trochę patyczkami lub łyżeczką. Wszystko drobno pokrojone. I patrzą pogardliwie na nasze śmieszne kanapki z chlebem i szynką.
Marek stwierdził ostatnio, że jak Chińczycy opanują świat razem ze swoją kuchnią, to będzie nasz koniec.
Zdecydowanie bardziej zrozumiała i bliższa sercu wydaje się Rosjanka w swoim dresie z poduszeczkami na ramionach. Cicha, skromna, pracuje w instytucie matematyki. Wie, co to jest barszcz i pierogi. Nie burzy naszych wygodnych stereotypów, prezentując wersję łagodną rosyjskiej duszy.
A najlepiej porozumiewamy się z Węgierką. Może dlatego, że Węgrzy są świadomi, że w swoim języku niewiele zdziałają za granicą i mają motywację do nauki. Może dlatego, że ma podobne problemy z Wydziałem Lekarskim, jak my. A może dlatego, że Polak i Węgier – dwa bratanki (podobno istnieje wersja węgierska tego powiedzenia).
Nie należy jednak w Niemczech zapomnieć o Niemcach, którzy – wprawdzie nieliczni, ale silni władzą – nieustannie kontrolują sytuację i heroicznie porządkują nasz świat. Od łazienki po kuchnię. Pani Frau, zawsze uśmiechnięta blondynka w gumowych rękawicach, niepozorna, a jednak kierująca biegiem planet i ręczników, dostarczarczycielka czystej pościeli i poczty. A także ezoteryczny i wszechwładny Hausmeister, pojawiający się w gabinecie z niemiecką flagą, u którego mieliśmy jak dotąd jedną audiencję w sprawie miejsca dla rowerów. Okazał dużo wyrozumiałości, pozwalając nam trzymać rowery w piwnicy ("aber ausnahmeweise").
I tak toczy się życie w Gaestehaus, popychane codziennie o 9.00 rytualną kawą Pani Frau z Hausmeisterem, bez której nasz dom i całe Niemcy musiałyby natychmiast zniknąć z powierzchni ziemi. Ordnung muss sein.
Goście pochodzą z różnych krajów (kontynentów). Mieszkańcy Malezji, Chin, Węgier, Rosji, Iranu, Polski. Niektórzy z żonami, mężami, dziećmi, niektórzy w pojedynkę. Niekoniecznie posługują się językiem niemieckim. Mają różne powody zamieszkiwania tego miejsca. Nie wszystkie są dla nas całkiem jasne.
Jedyne, co ich łączy, to fakt, że są tu zasadniczo przejściowo, na pół roku, rok. I tylko my wydajemy się wyjątkiem od tej zasady (dzięki wsparciu Auslandsamt, naszej nieocenionej Frau Malin, która zresztą też nie jest Niemką, a raczej pochodzi ze Skandynawii).
Nasze przypadkowe spotkania zazwyczaj zdarzają się w kuchni, gdzie każdy trafia przynajmniej parę razy dziennie. Wychodzą tu na jaw nie tylko różnice w sposobie przyrządzania potraw (możliwe pomimo tego, że większość robi zakupy w pobliskim Aldi – Lidu, które mają ograniczony zasób produktów), ale także użycie różnych sprzętów kuchennych (np. specjalny przyrząd do gotowania ryżu z uroczym wzorkiem w różowe kwiatki, wok) czy też inne podejście do czystości…
Początkowo naszymi sąsiadami zza ściany była malezyjska para z 3-letnim dzieckiem. Wbrew pozorom nie było to uciążliwe (co doceniliśmy po czasie). Czasem tylko robiło mi się smutno, kiedy dziecko płakało, bo brzmiało to dość dramatycznie, jak każdy płacz dziecka, pełen wyrzutu. Ale kiedy dziecko się śmiało, ta radość też się trochę udzielała sąsiadom. Malezyjska mama wydawała się osobą zaradną i uparcie dążącą do celu, co pozostaje w sprzeczności z przesądami, że kobiety w chustce na głowie są spolegliwe i siedzą tylko w domu (ona nosiła tę chustkę bezproblemowo i całkowicie naturalnie). Ze względu na jej stypendium w Niemczech mąż zrezygnował ze swojej pracy w Malezji i przyjechali tutaj całą rodziną. Zajmowała się badaniami scyntygraficznymi. Chyba najbardziej w Lubece przeszkadzała jej pogoda – wiatr, deszcz i zimno.
Kiedyś skomentowała nasze próby gotowania: „Wasze (europejskie) jedzenie jest takie proste do przyrządzenia w porównaniu do naszego. My musimy się tak napracować, żeby coś zrobić. Ale i tak wolimy swoje.” Niestety nie znam jej dalszych losów, bo po paru dniach znajomości zmieniła miejsce zamieszkania.
Jej miejsce zajęli Chińczycy.
Podstawową wiedzą, jaką zaczerpnęłam na festiwalu z nowohoryzontowych filmów produkcji koreańskiej lub chińskiej, jest fakt, że nigdy nie zrozumiem Chińczyków. I to się potwierdza. Nie chodzi tylko o słowa, które składają się na język, ale także o ton (kiedy pewnego ranka obudziła mnie chińska rozmowa na korytarzu, myślałam, że gdzieś się pali i trwa ewakuacja), gestykulację, mimikę, sposób prowadzenia rozmowy. Nasi sąsiedzi mają w zwyczaju otwierać drzwi na korytarz i prowadzić 3-pokojowe konwersacje. W końcu i tak nikt ich nie zrozumie, za to wszyscy słyszą. Lubią też biegać z laptopami między pokojami.
Sposób przyrządzania potraw również bywa pełen napięcia. Najpierw rozgrzewają wielką patelnię do granic możliwości materiału, a potem jednym zwinnym ruchem dokonuje się zrzucenie – kapusty, mięsa, groszku, zależnie od dania – przy asyście syczenia, zadymienia całej kuchni i ku ogólnej radości Chińczyków (bo jedna Chinka obsługuje patelnię, druga kroi, a Chińczyk patrzy). Oczywiście wszystko na bieżąco z pasją komentowane. Potem nakładają wszystko do małych miseczek i każdy nabiera trochę patyczkami lub łyżeczką. Wszystko drobno pokrojone. I patrzą pogardliwie na nasze śmieszne kanapki z chlebem i szynką.
Marek stwierdził ostatnio, że jak Chińczycy opanują świat razem ze swoją kuchnią, to będzie nasz koniec.
Zdecydowanie bardziej zrozumiała i bliższa sercu wydaje się Rosjanka w swoim dresie z poduszeczkami na ramionach. Cicha, skromna, pracuje w instytucie matematyki. Wie, co to jest barszcz i pierogi. Nie burzy naszych wygodnych stereotypów, prezentując wersję łagodną rosyjskiej duszy.
A najlepiej porozumiewamy się z Węgierką. Może dlatego, że Węgrzy są świadomi, że w swoim języku niewiele zdziałają za granicą i mają motywację do nauki. Może dlatego, że ma podobne problemy z Wydziałem Lekarskim, jak my. A może dlatego, że Polak i Węgier – dwa bratanki (podobno istnieje wersja węgierska tego powiedzenia).
Nie należy jednak w Niemczech zapomnieć o Niemcach, którzy – wprawdzie nieliczni, ale silni władzą – nieustannie kontrolują sytuację i heroicznie porządkują nasz świat. Od łazienki po kuchnię. Pani Frau, zawsze uśmiechnięta blondynka w gumowych rękawicach, niepozorna, a jednak kierująca biegiem planet i ręczników, dostarczarczycielka czystej pościeli i poczty. A także ezoteryczny i wszechwładny Hausmeister, pojawiający się w gabinecie z niemiecką flagą, u którego mieliśmy jak dotąd jedną audiencję w sprawie miejsca dla rowerów. Okazał dużo wyrozumiałości, pozwalając nam trzymać rowery w piwnicy ("aber ausnahmeweise").
I tak toczy się życie w Gaestehaus, popychane codziennie o 9.00 rytualną kawą Pani Frau z Hausmeisterem, bez której nasz dom i całe Niemcy musiałyby natychmiast zniknąć z powierzchni ziemi. Ordnung muss sein.
środa, 14 października 2009
niedziela, 11 października 2009
List do ludzkości z okazji pierwszego tygodnia pośród plemion północnogermańskich
Plemiona północnogermańskie charakteryzują się wysoce rozwiniętą infrastrukturą drogową. Osada Hanzatycka Lubeka, zawierająca w sobie 200 tysięcy dusz, dysponuje dwoma autostradami i tunelem pod morzem w cenie 1,20 euro za przejazd. Miasto jest pełne rozpędzonych do granic możliwości kolarzy, obdarzonych magicznym prawem pierwszeństwa przejazdu. Drogi dlacyklistów są proste i szerokie, zachodzą na nich typowe dla komunikacji zjawiska typu: sprint od świateł do świateł, wyprzedzanie na trzeciego oraz korki. Zwraca uwagę wysoka odporność jeźdźców na warunki atmosferyczne, natura tego fenomenu nie jest mi znana. Komunikacja zbiorowa stoi na, typowym dla plemion germańskich, wysokim poziomie. Niestety jej koszta wymagają zastawienia w lombardzie wszystkich dostępnych precjozów. Szczęśliwie rozgałęzione kontakty wewnątrz administracji tutejszego Uniwersytetu pozwoliły nam zdobyć magiczny „Studierendenausweis”. Te prostokątne, ozdobione naszymi zdjęciami, kawałki plastiku pozwalają nam znacznie obniżyć koszty transportu.
Centrum miasta pełne jest starych wież. Katedra ma wieże, szpital ma wieże (6 albo 7), kościół świętej Kasi, świętej Marysi, Ratusz, Holstentor. Panuje tutaj dziwne ograniczenie w prawie budowlanym, wszystkie wieże wybudowano z cegieł w latach 1100 – 1200. Od tamtej pory podjęto tylko jedną zorganizowaną próbę zmian w zabudowie. Odbyło się to nocą 28 marca 1942 z pomysłu sir Arthura Harrisa z użyciem licznych bombowców typu Halifax oraz Lancaster. Swoje, przysłowiowe, trzy grosze dołożył także 301 dywizjon bombowy ziemi pomorskiej. Osiągnięto połowiczny sukces: udało się zgruzować 1/5 starówki. Szpital z 12 wieku nie został trafiony. 301 stracił 4 halifaxy. Oczywiście wszystkie uszkodzenia zostały naprawione za pomocą cegieł. Data wyprodukowania tychże cegieł, nie jest mi znana.
Centrum miasta pełne jest starych wież. Katedra ma wieże, szpital ma wieże (6 albo 7), kościół świętej Kasi, świętej Marysi, Ratusz, Holstentor. Panuje tutaj dziwne ograniczenie w prawie budowlanym, wszystkie wieże wybudowano z cegieł w latach 1100 – 1200. Od tamtej pory podjęto tylko jedną zorganizowaną próbę zmian w zabudowie. Odbyło się to nocą 28 marca 1942 z pomysłu sir Arthura Harrisa z użyciem licznych bombowców typu Halifax oraz Lancaster. Swoje, przysłowiowe, trzy grosze dołożył także 301 dywizjon bombowy ziemi pomorskiej. Osiągnięto połowiczny sukces: udało się zgruzować 1/5 starówki. Szpital z 12 wieku nie został trafiony. 301 stracił 4 halifaxy. Oczywiście wszystkie uszkodzenia zostały naprawione za pomocą cegieł. Data wyprodukowania tychże cegieł, nie jest mi znana.
Struktura etnicza Lubeki jest inna niż ta którą znamy z przekazywanych ustnie podań o miastach Germańskich. Zauważą się znaczne niedobory Turków Osmańskich. Uderza też praktycznie całkowity brak obywateli pochodzenia równikowego. Wygląd zewnętrzny tubylców jest spokojny i stonowany, zwraca uwagę różnorodność sprzętu stosowanego do jazdy rowerowej. Jednoślady różnego sortu i autoramentu, z przyczepami i koszami, bmx bez siodełek i młode matki holujące w przyczepach dzieci. To wszystko i wiele innych próbuje rozjechać nieuważnego wędrowca. Szczególnie niebezpieczni są panowie z prawą nogawką w skarpecie. Siły policyjne wykazują duże zainteresowanie cyklistami, brak oświetlenia wyceniono na 15 euro, przejazd na czerwonym 60 euro.
Lokum, w którym aktualnie rezydujemy, wybudowano rzecz jasna z cegieł (datowanie nie ustalone). Budynek wciśnięty jest między instytut bio-optyki (pracują codziennie do 20), organizację charytatywną Ronalda McDonalda (złapaliśmy raz ich darmowy internet!) oraz całkowicie zaskakującą hodowlę: królików, psów, kóz, kretów i muchomorów. Rezydentem stałym naszego domu jest Herr Hausmaister, okresowo w godzinach porannych nawiedza nas też Frau, której nazwiska zapomniałem, celem utrzymania czystości. Sprzątanie wraz z ręcznikami otrzymujemy w pakiecie raz w tygodniu.
Osobnego akapitu wymaga walka z wilgocią. Najobszerniejszy rozdział z regulaminu naszego pokoju dotyczy właśnie tegoż starcia. Nieznane mi przyczyny nakazały władzom pionu studiów międzynarodowych opisać wszystkie dostępne metody obniżania wilgotności powietrza. Część zacytuje: okno otwierać na krótko, ale szeroko, pokój ogrzewać, łóżek do ścian nie przysuwać, łazienkę zostawiać otwartą, stosować często elektryczną wentylację łazienki.
Musimy się również przyznać, że stosując sprzęt do produkcji kawy, łamiemy jeden z punktów regulaminu.
Należy jednak oddać honor gospodarzom, pomimo wąskich granic wolności nasze warunki bytowe określić można jako wysoko zadowalające. Wysoce zadowolony jest również nasz zagon koni mechanicznych, nigdy jeszcze nie wypasał się na odgrodzonym szlabanem pastwisku. Szlabanem który mogę unieść kolejnym magicznym plastikiem. Oczywiście wszystko dzięki koneksjom w administracji, tym razem instytutu bio-optyki.
Wszystko zakończy pogoda. Będąc nienawykły do morskiego klimatu dałem się całkowicie zwieść. Pierwszy weekend w Hanzatyckim dziedzictwie UNESCO spędziliśmy zwiedzając. Oglądaliśmy centrum, cegły, port rzeczny i morze, wszystko to w zimowych kurtkach, przygięci do ziemi wiatrem, z zachlapanym deszczem obiektywem i prawie całkowicie samotni. W poniedziałek wiatr umilkł, okazało się, że tutaj też mieszkają ludzie. Są natomiast bardziej doświadczeni od nas, jeśli w radio słyszą koło siebie Wind, Seesturm, stark to zwyczajnie nie wychodzą z domu.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
