Flohmarkt, czyli pchli targ (uwaga, nie wymawiać jak „flowmarkt”, co się niektórym przytrafia..:P), miejsce, gdzie (zazwyczaj starzy) Niemcy sprzedają różne, niepotrzebne im już rzeczy. Po raz pierwszy spotkaliśmy się z tym zjawiskiem w zeszły piątek, w klinice. Był organizowany na rzecz takiego specjalnego domu na terenie campusu (fundacja Ronalda Mc`Donalda), gdzie mogą nocować rodzice, gdy ich dzieci są w szpitalu. Ten dom to nasz sąsiad, więc poczuliśmy się zobowiązani, ale poza tym można było znaleźć coś ciekawego bardzo tanio (pośród wielu Harleqinów i kiczowatych ozdób świątecznych). Marek kupił sobie dwa litrowe kufle (Kruege)za 2 euro, a ja starą porcelanową filiżankę w zestawie ze spodkiem i talerzykiem i porcelanowy wazonik, wszystko za 5 euro. Jak się zaczyna buszować na takim stoisku, to się odzywa w człowieku pierwotny zmysł myśliwego, co by tu najlepiej upolować, najtaniej, najładniej i przede wszystkim szybciej niż inni...
Zachęceni sukcesem w klinice, zainteresowaliśmy się zjawiskiem Flohmarktów w Lubece. Okazało się, że zdarzają się całkiem często. Wybraliśmy się po raz kolejny w sobotę, tym razem trochę dalej, więc mieliśmy przy okazji ładną trasę rowerową. Ale tym razem nie było już tak tanio, bo rzeczy były trochę nie na naszą miarę... Piękne, stare niemieckie meble, zestawy porcelany i mój osobisty hit, filiżanka Rosenthala z lat 30, istne dzieło sztuki, za 48 euro. Ech... Ten zestaw na zdjęciu (pięć filiżanek z talerzykami i spodkami plus dzbanuszek na mleko za 50 euro). Wprawdzie nie chcę myśleć, kto z niej pił w czasie wojny, ale i tak jest piękna. Może kiedyś...
W każdym razie wydaje się, że to nie koniec przygody z Flohmarktami:)
