Udało nam się zaliczyć pierwszą niemiecką sesję.
O internie już pisałam. Była pierwsza i, jak się okazało, najtrudniejsza. I wciąż na nas czyhają kolejne części.
Druga była chirurgia, też tylko część pierwsza (z dwóch), (bo Niemcy lubią tak sobie dawkować egzaminy po troszeczkę). Egzamin był dość zabawny, bo po wejściu na salę okazało się, ze jest za mało testów dla zdających. My, z polskiej szkoły, szybciutko po wejściu zajęliśmy sobie miejsca z kartkami, ale Niemcy przyzwyczajeni do luksusów, za długo się decydowali, błąkali po sali, no i zostali na lodzie. A wszystko wynikało z faktu, że nie trzeba było się zapisywać na ten egzamin, tylko po prostu przyjść. I kiedy zmieszani pilnujący (dodajmy, dwójka ludzi na 150 piszących studentów) stwierdzili brak testów, dostali gromkie brawa i wiwaty. Po czym musieliśmy czekać jakieś 15 minut aż doniosą brakującą ilość, a w międzyczasie wszyscy zdążyli skonsultować pierwszą stronę testu.
I to nie jest tak, jak myślałam, że Niemcy nie ściągają. Otóż ściągają nawet gorzej niż Polacy i to w dodatku mało umiejętnie. Dla ułatwienia na chirurgii wszyscy mieli ten sam test. Jeśli chodzi o jego zawartość merytoryczną, to był o tyle przyjazny, że pytania bezpośrednio wynikały z treści wykładów. Wystarczyło je dość sumiennie przerobić. Ale i tak czterem osobom udało się nie zdać. Wyniki po paru godzinach były w Internecie. Tylko oczywiście mojego numeru indeksu tam nie było. Odezwał się odwieczny strach, że ktoś zgubił mój test w tym całym zamieszaniu (Paula mnie tym straszy od gimnazjum), ale po paru telefonach szczęśliwie udało się wyjaśnić pomyłkę.
Po wtorkowej chirurgii mieliśmy czas do piątku powtórzyć sobie ginekologię i anestezjologię, które pisaliśmy w ciągu jednego dnia… Nie wiem, dlaczego tak ustalono, wydaje mi się to trochę nieludzkie, jeden egzamin na dzień wystarcza całkowicie. Wyszliśmy z założenia, że skoro są tak naraz, to nie mogą być trudne. I znowu wykłady wystarczyły. Byłam z siebie dumna na ginekologii, bo koleżanka Niemka zapytała w trakcie egzaminu o parę moich odpowiedzi, będąc świadomą, że jestem Erasmuską, co oznacza, że ceni sobie nasze umiejętności. A na anestezjologii test był dość nietypowy, bo odpowiedzi do pytań były typu prawda/fałsz (25 pytań z czteroma odpowiedziami, razem 100 punktów do zdobycia). Była również nagroda książkowa dla osób, które zdobędą minimum 90pkt i poprawnie odpowiedzą na pytanie historyczne o przyczynę śmierci jakiegoś węgiersko – austriackiego poety. Osobiście postawiłam na syphilis, bo mieszkał w Paryżu, ale okazało się, że jego koniec był bardziej dramatyczny, bo zabiło go drzewo na Champs-Élysées i zmarł na uraz czaszki.
Po ciężkim piątku nie mieliśmy już najmniejszej motywacji do nauki. Świętowaliśmy z Niemcami na koncercie, gdzie jakaś młoda grupa grała rock`n rolle i Johny`ego Cash`a. Ale w poniedziałek podjęliśmy się jeszcze jednego egzaminu, farmakologii klinicznej. Szczerze mówiąc, zrobiliśmy to bardziej z ciekawości, nigdy wcześniej nie szliśmy na egzamin tak słabo przygotowani, no i nie mieliśmy nic do stracenia, skoro i tak już chodziliśmy na te zajęcia przez cały semestr. U Niemców farmakologia kliniczna jest ważnym przedmiotem, trwa cały rok i są dwa testy, po każdym semestrze. Nie tak jak u nas, tylko na zaliczenie.
No i poszło nam całkiem nieźle, ja miałam 21, a Marek 20 na 30pkt. Co najśmieszniejsze, żeby ten przedmiot zaliczyć, trzeba mieć minimum 50% punktów z dwóch testów razem, czyli 30 pkt po dwóch testach. Czyli wystarczy zdobyć nam jeszcze 10 w przyszłym semestrze. To doprawdy nie motywuje do nauki. Ale wniosek jest też taki, że polska nauka farmakologii jest znacznie solidniejsza niż niemiecka, bo my z nieodświeżonych wiadomości z zeszłego roku byliśmy w stanie napisać to lepiej niż niejeden Niemiec, który tez miał farmakologię i jeszcze się do obecnego egzaminu uczył.
A teraz mamy ferie.
środa, 24 lutego 2010
sobota, 20 lutego 2010
niedziela, 14 lutego 2010
niedziela, 7 lutego 2010
urodzinowo
Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś - a więc musisz minąć.
Miniesz - a więc to jest piękne.
nic dwa razy w wersji Maanam
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś - a więc musisz minąć.
Miniesz - a więc to jest piękne.
nic dwa razy w wersji Maanam
środa, 3 lutego 2010
interna part one
Trzeba było czekać ponad 3 tygodnie na wyniki egzaminu z nefrologii z endokrynologią. Wydawało mi się to niemożliwe, przecież to tylko test, 20 pytań, żadna głębsza filozofia, wrzuca się do maszyny i wyskakują oceny... Najpierw podobno jakaś pani odpowiedzialna za sprawdzanie się rozchorowała. A potem to już nie wiem, co oni z tymi testami robili. Podobno w Niemczech do 5 tygodni można egzamin sprawdzać.
Ale ostatecznie doczekaliśmy się. Okazało się, że na tle niemieckiej młodzieży wypadliśmy całkiem nieźle, bo przede wszystkim zdaliśmy, w przeciwieństwie do 1/3 studentów podchodzących do egzaminu. Maksymalnej liczby punktów nie miał nikt, 19/20 dwie osoby ze 130. Czyli nie było tak prosto.
Z tego co słyszeliśmy, to zupełnie inaczej sytuacja wygląda, gdy podchodzi się do egzaminów ustnych, czyli wg starszego systemu. Wtedy oceny są zdecydowanie lepsze. Ale dla nas niestety nie jest to możliwe, bo nie dalibyśmy rady zdać 6 egzaminów z interny w ciągu jednego roku (są na to przewidziane dwa lata).
Tak więc jesteśmy dumni. I myślimy sobie, że Ci Niemcy po polsku to by na pewno interny nie zdali;)
Ale ostatecznie doczekaliśmy się. Okazało się, że na tle niemieckiej młodzieży wypadliśmy całkiem nieźle, bo przede wszystkim zdaliśmy, w przeciwieństwie do 1/3 studentów podchodzących do egzaminu. Maksymalnej liczby punktów nie miał nikt, 19/20 dwie osoby ze 130. Czyli nie było tak prosto.
Z tego co słyszeliśmy, to zupełnie inaczej sytuacja wygląda, gdy podchodzi się do egzaminów ustnych, czyli wg starszego systemu. Wtedy oceny są zdecydowanie lepsze. Ale dla nas niestety nie jest to możliwe, bo nie dalibyśmy rady zdać 6 egzaminów z interny w ciągu jednego roku (są na to przewidziane dwa lata).
Tak więc jesteśmy dumni. I myślimy sobie, że Ci Niemcy po polsku to by na pewno interny nie zdali;)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)