niedziela, 30 maja 2010

wizytacja Młodej Pary









Oczywiście trafili na sztorm i wiatr.

sobota, 22 maja 2010

strange

Szeroko rozumianymi „ostatnimi czasy” działo się strasznie dużo dziwnych rzeczy. Ich niezwykłość polegała przede wszystkim na wywoływanej przez nie intensywności emocjonalnej. Brzmi to może mętnie, ale trudno inaczej określić tak szerokie spektrum, od wydarzeń wybitnie negatywnych (katastrofa prezydenckiego samolotu), poprzez niezrozumiałe zjawiska ekologiczne (wybuch wulkanu, wyciek ropy, powódź), po bardzo pozytywne, ale jakże nowe (ślub siostry). Przez parę dni, podczas których takie informacje wyjątkowo się spiętrzyły, chodziłam po uczelni z przeczuciem, że chyba zaraz świat się skończy, a ci biedni Niemcy nic o tym nie wiedzą.*
I tu dochodzimy do sedna programu, a mianowicie mojej nowej perspektywy erazmusowej (nie mam zamiaru bowiem komentować wyżej wymienionych wydarzeń, to ponad moje siły i zdolności).
Otóż do intensywności emocji wywołanej tego typu informacjami dochodzi uczucie dystansu, oddalenia, trochę bezradności w związku z faktem, że jest się za granicą. To dość śmieszne, bo ani się samolotu nie cofnie, ani wulkanu nie zatka, ale chciałoby się być w takich momentach w Polsce, wiedzieć, co się tam dzieje. Paradoksalnie, dzięki Internetowi byliśmy czasem nawet poinformowani szybciej niż rodzina w Polsce, ale były to informacje oficjalne, tudzież subiektywne opinie dziennikarzy. A dobrze jest wiedzieć, co mówią ludzie na uczelni, w domu, co myślą znajomi, jakoś to wszystko razem „przetrawić”.
Dziwne uczucie bycia poza biegiem zdarzeń związane jest zapewne z tym, że społeczność w krytycznych momentach gromadzi się. Gdybyśmy byli na miejscu, to na pewno wiele rzeczy by nam się nie podobało w reakcjach ludzi (nawet czytając informacje w Internecie, wiele rzeczy mi się nie podobało). Tylko, że będąc poza krajem, jakoś nie wypada krytykować (chyba, że jest się Witoldem Gombrowiczem i pisze się dziennik). I jakoś tak dziwnie, bo nie wiadomo, jak się wśród Niemców z tą swoja polskością zachować.
I jak im to opowiedzieć. Bo jest taka potrzeba, żeby mówić, sami zresztą też pytają. Miałam takie frustrujące spotkanie tuż po katastrofie samolotu prezydenckiego w kuchni rano z sąsiadem Austriakiem. Zapytał „wie geht`s”, no i mnie zatkało. Próbowałam mu opowiedzieć, ale po pierwsze nie wiedziałam, jakich po niemiecku użyć słów, poza tym to wszystko brzmiało tak groteskowo. A oprócz bariery językowej jest też świadomość, że on i tak nie jest w stanie do końca zrozumieć, co się teraz dzieje w Polsce, bo nie wie, jacy są Polacy, a ja mu tego nie umiem wytłumaczyć.** Więc w późniejszych rozmowach zazwyczaj kończyło się na potwierdzeniu faktu katastrofy i przyznaniu, że tak, to wielka szkoda.
(w kwestii języka interesujące było, że pierwsza wzmianka w Der Spiegel mówiła o „Unglueck”, dopiero po paru dniach pojawiło się „Katastrophe”)
Różnica kultur pojawiła się chyba najwyraźniej w rozmowie z sąsiadem z Iranu (Amir, bardzo specyficzny biolog molekularny, przez pierwszy tydzień pobytu w Niemczech odreagowywał zakaz picia alkoholu w Iranie i cały czas chodził pijany).
- So, how is your president?
- He`s dead.
- Oh, really. So what are you going to do now in Poland?
- Well, we are going to have a new one.
- And you will forget the dead one?
- No, we won`t.
- Oh, ok.

Potem chyba poczuł się z ta rozmową nieswojo i tłumaczył mi, że Tu-154 to bardzo złe samoloty i on nigdy nimi nie lata.
A na Chińczykach duże wrażenie zrobił fakt, że Obama miał przylecieć na pogrzeb.

*dygresja z dedykacja dla Pauli – niczym Obelix: jacy głupi ci Rzymianie!
**kolejna dygresja z dedykacją dla Pauli – mistrz Zanussi wszystko już opowiedział w swoich filmach, tutaj nasuwa się słynna scena z „Roku Spokojnego Słońca”, kiedy to (bo jakżeby inaczej) Maja K. mówi do Amerykanina „I dumb, you dumb”...